REKLAMA

Tak wygląda życie z autem na wodór. Zrobił test, żebyśmy my nie musieli

Kupując samochód wodorowy, decydujecie się na darmowe lekcje matematyki. Ciągłe obliczanie zasięgu i dystansu do stacji to wierzchołek góry lodowej. Przekonał się o tym pewien YouTuber.

Tak wygląda życie z autem na wodór. Zrobił test, żebyśmy my nie musieli
REKLAMA

Modele osobowych samochodów wodorowych można policzyć na palcach jednej ręki. Hyundai Nexo i Toyota Mirai to obecnie jedyne propozycje. YouTuber zdecydował się przetestować pierwszą z nich. Wybrał się na wycieczkę, ale stacja wodorowa pokrzyżowała jego plany.

REKLAMA

Stacja przestała działać

W całym zamieszaniu najmniej winny jest Hyundai. Nexo sprawdziło się naprawdę dobrze w roli samochodu wodorowego. Największym problemem okazała się nierozwinięta sieć stacji tankowania. Aktualnie w Polsce ogranicza się ona do sześciu stacji. Większość z nich regularnie ulega awarii, choć ich status można sprawdzać w aplikacji. Nie zdziwcie się, jeśli nie zawsze będzie zgodny z prawdą.

Gdy YouTuber zjawił się na stacji i poczekał w kolejce za wodorowym autobusem i dostawczym Ducato, stacja odmówiła posłuszeństwa. Spędził na niej kilka godzin i… skończył na lawecie. Już samo podróżowanie z niższą prędkością i bez ogrzewania mogło zirytować. To niestety częsty scenariusz wśród kierowców samochodów wodorowych. By dojechać do stacji, kierowca musiał pokonać dodatkowe 120 km. Przy cenie 69 zł/kg wodoru dojazd kosztował go 100 zł. Wysoka cena wynika ze skomplikowanego procesu produkcji. Spokojnie – cena spadnie, gdy takie samochody staną się bardziej popularne. Normalnie jedna bajka piękniejsza od drugiej.

Samochód wodorowy to taki elektryk

W tym miejscu warto wyjaśnić działanie takiego samochodu. Nexo i Mirai mają silnik elektryczny. W przeciwieństwie do samochodu elektrycznego pobierają prąd z ogniw paliwowych, a nie z akumulatora. Jony wodoru w anodzie łączą się z tlenem pochodzącym z powietrza w katodzie. Przepływ elektronów wytwarza energię napędzającą silnik. Zamiast spalin wytwarza się woda. Tankuje się je oczyszczonym Wodorem 5.0. Oczywiście istnieją też silniki tłokowe, w których spala się wodór. Za przykład niech posłuży Cummins.

Wodorowe samochody osobowe magazynują wodór pod ciśnieniem 700 barów. W przypadku autobusów i pojazdów ciężarowych ciśnienie wynosi 350 barów. Jeśli stacja tankowania o wyższym ciśnieniu ulegnie awarii, można użyć drugiej ładowarki. Wiąże się to jednak z pewnym problemem. Ciśnienie nie będzie wystarczające, by wtłoczyć wodór do całego zbiornika, co sprawi, że samochód będzie zatankowany tylko do połowy. Ładując samochód elektryczny wolniejszą ładowarką, wystarczyłoby po prostu dłużej poczekać – tutaj to nie zadziała.

Czas to pieniądz

Zakup samochodu wodorowego może wiązać się z wieloma problemami. Obliczanie dystansu do stacji, jazda żółwim tempem, czekanie na spuszczenie wody i przywrócenie ciśnienia. A na końcu i tak wszystko jest zwieńczone lawetą i masą nerwów. Tak tragicznie nie wyglądały nawet okoliczności wprowadzania pierwszych samochodów elektrycznych kilkanaście lat temu. Więc to jest ta cała przyszłość.

Przypadkowo spotkany widz trafnie podsumował ponad godzinny film. Mając samochód wodorowy, za każdym razem trzeba tankować do pełna – nawet gdy nie ma potrzeby. Nigdy nie wiadomo, kiedy stacja ulegnie awarii lub zamknięciu, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych. W niektórych miastach stacje tankowania wodoru zostały zamknięte, co sprawiło, że klienci zaczęli pozywać producentów. W Polsce prawie nie mamy za co ich pozywać, bo brakuje stacji.

Czytaj więcej o samochodach wodorowych:

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2025-04-03T16:13:44+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T14:12:15+02:00
Aktualizacja: 2025-04-03T12:03:12+02:00
Aktualizacja: 2025-04-01T17:24:50+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA