Sześć sposobów na lepsze wydanie pieniędzy niż na Teslę Model Y Performance (a może nie?)
329 990 zł - tyle co najmniej kosztuje Tesla Model Y w wersji Performance, która niedawno trafiła do sprzedaży w naszym kraju. Zobaczmy, czy może udałoby się wydać te pieniądze lepiej.

Ale zanim przejdziemy do konkurencji, trzeba zastanowić się nad jednym:
Czy Tesla Model Y Performance to w ogóle SUV?
Jeśli brać pod uwagę prześwit, to... w sumie nie. Według pomiarów użytkowników, w najniższym miejscu Tesla Model Y Performance oddalona jest od podłoża o zaledwie 14 cm. Co oznacza, że moja Alfa Romeo albo jest SUV-em, który po prostu nie urósł do góry, albo prześwitowo Model Y jest po prostu liftbackiem, do którego ktoś dorzucił drożdży, ale nie doczytał przepisu i zostawił go w ciepłym pomieszczeniu na trzy miesiące, zamiast na trzy godziny.
Standardowa odmiana Modelu Y (a raczej Long Range) jest osadzona nieco wyżej (niecałe 17 cm), co w sumie nadal jest mało SUV-owe, dodając do tego ogólny rozmiar auta. Takie BMW X4 bez problemu powinno łyknąć pod sobą 20-centymetrową przeszkodę. Nie próbujcie tego robić w Tesli Model Y.
Tutaj można sobie pooglądać denerwującą animację i różnicę w wysokości modelu LR i Performance:
To teraz można przejść do konkretów, zakładając, że jeśli ktoś chce odmianę Performance, to głównie po to, żeby wgniatała w fotel.
Tesla Model Y Performance - co dostaniemy za 329 990 zł?
Sporo, zaczynając przede wszystkim od osiągów. Pierwsze 100 km/h pojawia się na liczniku po zaledwie 3,7 s, co jest wynikiem wręcz absurdalnym i zarezerwowanym właściwie wyłącznie dla najdroższych, najbardziej turbo-sportowych wersji samochodów spalinowych. Trudno będzie to pobić w tej cenie, obstawiam nawet, że nie będzie to możliwe. Łatwiej będzie pobić zasięg, bo teoretyczne 514 km już tak wielkiego wrażenia nie robi - szczególnie przy łatwości tankowania samochodów spalinowych.
Na szczęście wynagradza to lista wyposażenia. Za lakier inny niż biały trzeba wprawdzie sporo dopłacić, ale już 21-calowe felgi nie wymagają sięgania do portfela, podobnie jak czarna tapicerka, regulowane oparcia w drugim rzędzie, składane oparcia z tyłu sterowane przyciskiem, szklany dach, duży ekran centralny (i jedyny), bezprzewodowa ładowarka dla dwóch telefonów, lepsze hamulce, automatyczna klimatyzacja z filtrem HEPA, system audio z 13 głośnikami, elektrycznie sterowane fotele z przodu, a także podgrzewane fotele z przodu i z tyłu.
Całkiem przyjemnie - dopłacić trzeba głównie do Rozszerzonego Autopilota lub Pełnej Zdolności do Samodzielnej Jazdy (eleganckie 39 000 zł). Termin dostawy - teoretycznie między sierpniem a październikiem 2022 r. Ciekawe, że Tesle, na które tak długo się do tej pory czekało, nagle stają się samochodami, które można mieć - według dzisiejszych standardów - prawie od ręki. Przynajmniej według deklaracji.
Kto może stanąć w szranki z taką Teslą?
Dobre pytanie - czy jest w ogóle taki samochód. Ale przyjrzyjmy się najpierw pozornie oczywistym odpowiedziom, zaczynając o tych spalinowych.
Jeśli szukamy przyspieszenia do setki zbliżonego do Tesli, to tutaj znajdziemy je tylko w dwóch wersjach - 63 lub 63 S. Ta pierwsza potrzebuje na ten sprint 4 s, ta druga - 3,8 s, czyli dalej będzie wolniej, ale przynajmniej... drożej. Ośmiocylindrowy GLC Coupe kosztuje bowiem minimum 454 500 zł, natomiast mocniejsza odmiana - 492 100 zł.
W okolicach cenowych Tesli Model Y Performance jest za to 6-cylindrowy, rzędowy diesel 400 d oraz widlasta benzynowa szóstka - AMG 43. Tyle że żaden z nich nie będzie równie szybki, bo wersja wysokoprężna setkę wykręci w 5,1 s, a małe AMG - w 4,9 s. Inna sprawa, że może i robię się stary, ale jeszcze przez chwilę wolałbym mieć pod maską R/V6, o V8 nie wspominając, zamiast napędu elektrycznego.
Odrobinę krótsze auto niż GLC i Tesla Model Y, a różnica wyrażona jest w pojedynczych centymetrach, więc raczej i tak nikt się nie zorientuje.
Pojawia się natomiast inny problem - najmocniejsze Audi Q5 Sportback to... diesel. Wprawdzie całkiem spory (3 litry), z odpowiednią liczbą cylindrów (6) i sporą mocą (341 KM), ale jednak diesel. Do tego szybkie, ale nie Tesla-Model-Y-Performance-szybkie, bo do setki dokręci się w 5,1 s. W standardzie jest też elektryczna regulacja i podgrzewanie (przednich) siedzeń, ale niestety za dach panoramiczny trzeba już dopłacić prawie 9000 zł. I nie wygląda tak efektownie jak w Modelu Y.
Jest jednak jedno miejsce, gdzie Q5 Sportback wygrywa bez dyskusji - to prześwit. 20 cm spokojnie pozwoli zaparkować nam na wysokim chodniku pod przedszkolem.
Tutaj mamy niestety podobny problem, co w Mercedesie. Wersje cywilne po prostu nie są wystarczająco szybkie. Nawet M40i rozpędzi nas do 100 km/h tylko w 4,9 s, a na dzień dobry kosztuje 338 000 zł. X4 M jest już blisko, bo to samo zrobi w 4 s, ale z kolei kosztuje 453 900 zł.
A teraz uwaga - nawet X4 M, przynajmniej według danych podawanych przez BMW, ma 204 mm prześwitu. No i to jest jakieś... faktycznie podniesione.
Trochę mu wprawdzie bliżej do klasycznego SUV-a, ale Tesli Model Y z kolei bliżej do liftbacka, więc dlaczego nie pomieszać.
Tym bardziej, że tutaj jest już prawie jak trzeba - 3,8 s do setki, prześwit 20 cm, mamy więc i SUV-a, i auto sportowe, które dodatkowo przerazi wszystkich pasażerów przy starcie spod świateł. Tylko jest taki problem - wersja QV startuje od 487 000 zł. Jest wprawdzie wyposażona niemal pod korek i na dobrą sprawę nie ma do czego dopłacać, ale to jednak prawie 500 000 zł, a nie 300 000 zł z kawałkiem.
Dobra, to chyba trzeba popatrzeć za czymś elektrycznym.
I znowu - będzie trudno. Odmiana AWD startuje od 300 000 zł, dopłacamy do odmiany o mocy 351 KM i mamy 5,1 s do setki - super, ale to dalej nie 3,7 s, a licznik wskazuje już 346 000 zł. Wersja GT? O, no i to jest to - 3,7 sekundy do setki, podobny zasięg (500 km), ale konfigurator wskazuje już 396 000 zł.
Do tego elektryczny Mustang ma zbliżony problem do Modelu Y - jest bardzo nisko zawieszony nad asfaltem.
Przyznaję się, że do końca nie ogarniam tego samochodu. Siedzi sobie zarząd Kii w swoich multimilionowych biurach, rozważają, jaki powinien być następny Ceed czy inny Sportage, a nagle ktoś przychodzi i mówi, że powinni zrobić 585-konnego SUV-o-kompakta i jeszcze sprzedawać go za śmieszne pieniądze. I zarząd się naradza, a potem mówi, że w sumie spoko, działajcie tam.
W rezultacie powstała Kia EV6 GT, która za 319 900 zł daje nam do dyspozycji przyspieszenie na poziomie... 3,5 s do setki. Jak to nie urywa głowy, to ja już nie wiem, co to robi. Do tego niespecjalnie jest do czego w tej odmianie dopłacać - może do elektrycznie sterowanego szklanego dachu i lakieru specjalnego. Niestety nie dopłacimy też do większego prześwitu - 16 cm to maks, co możemy dostać. Teoretycznemu zasięgowi też niestety bliżej do 400 niż 500 km.
Toyota GR Supra
Albo już weźcie dajcie spokój z tymi wszystkimi SUV-ami. Autem i tak jeździ przeważnie tylko jedna osoba, jak dzieci będą chciały gdzieś pojechać, to sobie pojadą rowerem, jak z psem i żoną będzie się chciało pojechać na wycieczkę w góry, to najwyżej pokażemy żonie po powrocie zdjęcia ze zdobytych szczytów, a jak się będzie chciało gdzieś pojechać z rowerem, to się pojedzie tam rowerem. Proste. To po co przesadzać z rozmiarem auta.
GR Supra jest niestety droższa (334 900 zł) i wolniejsza (4,3 s) od Modelu Y, ale to chyba nie ma żadnego znaczenia. Przynajmniej nie będziemy w niej wyglądać jak ktoś, kto najpierw musi odwieźć dzieci do szkoły, potem odsiedzieć swoje 8 godzin za biurkiem, a wracając pewnie wskoczy jeszcze po jakieś zakupy i przez 300 dni w roku będzie robił dokładnie taką samą taką samą trasę.
No i Modeli Y będzie pewnie jeszcze multum. A takich aut jak GR Supra to raczej już jakby nie.