Winnebago Heli-Home to kamper, którym ominąłbyś każdy korek. Z parkowaniem mogłoby być gorzej
Zwykle sprawy mają się nadzwyczaj prosto: albo dojeżdżasz do celu wakacyjnych wojaży samochodem lub kamperem, albo taki pojazd wypożyczasz na miejscu - po dostaniu się na miejsce drogą lotniczą. A co jeśli by połączyć helikopter z wozem kempingowym?

Kompletny bezsens? Być może. Ale nie oznacza to bynajmniej, że taki pomysł się w przeszłości nie pojawił. Ba, powiem więcej - nawet go zrealizowano, budując 8 egzemplarzy Winnebago Heli-Home, kempingowych helikopterów. Tylko tyle zamówiono.
Firmę Winnebago Industries zna każdy, kto lubi amerykańskie kampery
To jeden z czołowych producentów tego rodzaju pojazdów zza Wielkiej Wody, choć do spółki należą też inne sub-marki, jak choćby Chris-Craft produkujące luksusowe łodzie motorowe. No ale im bardziej zaglądamy do oferty, tym bardziej nie widzimy w niej kempingowego helikoptera. Ale czekajcie, gdzieś tu miałem mój podręczny wehikuł czasu. Prrrrr-kle-kle-kle-bum-trach, proszę bardzo, jesteśmy w 1975 r.
Winnebago podjęło współpracę z Orlando Helicopter Airways, a efekt jest przed nami - to powietrzny kamper
Maszyn nie budowano zupełnie od podstaw. Rozpoczynały one swoje życie jako śmigłowce Sikorsky S-55 (H-19) lub S-58 (H-34) z demobilu, ale potem w zasadzie wyrzucano z nich wszystko, by wsadzić w zamian... też wszystko. Tylko z zupełnie innej kategorii.
Łazienka z toaletą? Tak. Piecyk do ogrzewania? No ba. Klimatyzacja? Oczywiście. Telewizor, generator prądotwórczy, odtwarzacz ośmiościeżkowy i minibar? No a czy dzik załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w lesie? Tak, to wszystko było na pokładzie.
Na pokładzie, który mógł przyjąć nawet 6 pasażerów
Tylu mieściły oba modele - większy, budowany na bazie śmigłowców S-58 o długości kadłuba sięgającej prawie 17,3 m, oraz podstawowy, bazujący na S-55 o długości kadłuba nieprzekraczającej 12,9 m. Za napęd odpowiadały silniki gwiazdowe Wright, które osiągały - zależnie od modelu - 800 lub nawet 1525 KM. Niestety niektóre marzenia o podróżach w najdziksze tereny mogły się nie do końca zgrywać z kwestią zużycia paliwa, ponieważ zasięg śmigłowca wynosił mniej więcej 500 km.
Ceny tych cudów techniki startowały od 185 tys. dol., a kończyły się na 300 tys. dol.
Tanio? No, nie, jednak nie. Nawet bardzo nie, gdyż ponieważ inflacja. Innymi słowy, gdyby to odpowiednio poprzeliczać, to mówilibyśmy o kwotach rzędu od 900 tys. do 1,4 mln dol. na dziś. Czyli ponad 3,4 mln zł za wersję bazową. Aha, i nawet przy takich cenach nie można tu było liczyć na jakieś zaawansowane przyrządy nawigacyjne, chyba że za dopłatą. Ale i z takimi problemami można sobie było poradzić, jak np. pilot obsługujący maszynę podczas sesji fotograficznej - żeby zorientować się, gdzie się znajduje, po prostu obniżył na kilka chwil lot, odczytał co trzeba z drogowskazów nad autostradą i poleciał dalej...
Mimo tego, choć kamper Winnebago Heli-Home pojawił się niedługo po kryzysie naftowym, to ściągał rzesze gapiów wszędzie, gdzie się pojawił. Problem w tym, że tylko gapiów - co prawda przewidziano możliwość wypożyczenia kampera, ale kosztowało to 10 tys. dol. za tydzień (przed inflacją), a do tego należało jeszcze doliczyć koszt pilota i oczywiście paliwa. Impreza skończyła się na wspomnianych 8 egzemplarzach, z których do dziś przetrwał prawdopodobnie jeden. Problem w tym, że akurat ten jeden średnio nas dziś obchodzi, bo gdy po śmierci swojego właściciela maszyna trafiła do muzeum w Titusville na Florydzie, zmieniła ubarwienie na odpowiednie dla Sił Powietrznych Armii USA. A to najprawdopodobniej oznacza przy okazji, że próżno szukać we wnętrzu pozostałości po wyposażeniu turystycznym.
W każdym razie dziś tego niesamowitego projektu nie traktuje się jako porażki, wręcz przeciwnie - uznaje się, że latający kamper walnie przyczynił się do utrzymania zainteresowania marką Winnebago w czasach po kryzysie. Choćby z tego powodu mogliby zrobić jakąś replikę - Stany mają z pewnością wystarczająco dużo pojazdów z demobilu, jak oddadzą jeden stary śmigłowiec na ten szczytny cel to chyba nikomu się krzywda nie stanie?
Zdjęcie główne: Sikorsky H-19, fot. Alan Radecki Akradecki, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons