Politycy nie chcą samochodów elektrycznych. Nie pasują im tylne kanapy
Politycy bardzo chcą, żeby wszyscy w Europie jak najszybciej przesiedli się na auta elektryczne. Problem tylko w tym, że na przykład politycy z takiego kraju jak Holandia, niespecjalnie sami się garną, żeby przesiąść się na takie właśnie samochody.

Holandia miała już wymieniać całą rządową flotę na samochody elektryczne. Ale tamtejsi politycy naprawdę nie chcą rezygnować z dotychczasowych limuzyn. Ciągle wymyślają nowe wymówki.
Holendrzy są najwyższym narodem na świecie. Przeciętny obywatel tego kraju ma niemal 183 cm wzrostu, a obywatelka – prawie 170 cm. Aż jeden na pięciu mieszkańców Niderlandów mierzy powyżej 190 cm. Tak rośli ludzie potrzebują przestronnych samochodów. Zwłaszcza gdy są wożeni na tylnej kanapie.
Tak, jak holenderscy politycy
W kraju tulipanów i wiatraków samochody elektryczne radzą sobie całkiem nieźle. Jest ich na ulicach coraz więcej… ale nie w rządowych flotach. Jak portal Elektrowóz podaje za holenderskim Telegraafem, tylko dwa tamtejsze ministerstwa z 31 wykorzystują auta na prąd. Plan zakładał szybkie zmiany i zastąpienie dotychczasowych wozów spalinowych elektrycznymi również w przypadku innych resortów.
Nic z tego. Póki co, plany zostały odroczone aż do 2028 r. Dlaczego? Argumentów jest kilka.
Ten najbardziej absurdalny dotyczy wygody w drugim rzędzie
Na rynku istnieje obecnie „ograniczona liczba aut elektrycznych”, które na tylnej kanapie oferują wystarczającą ilość miejsca na nogi i nad głową i mają regulowane siedziska lub oparcia – do takiego wniosku doszli holenderscy dygnitarze.
Rzeczywiście, poziom komfortu w drugich rzędach np. w Mercedesie klasy S i EQS jest zupełnie różny. Ten drugi, elektryczny model ma zwyczajną kanapę, a ten pierwszy, spalinowy – małe Bizancjum. Ale czy to aż tak ważne w przypadku podróży polityków, którzy przy dłuższych dystansach i tak wybierają samolot?
Kolejne argumenty są bardziej sensowne
Wspomniano o obowiązujących kontraktach i efektywnym wykorzystywaniu aut, które już są we flotach. Rzeczywiście – z punktu widzenia ekologii, najlepiej byłoby jeździć tym, co jest.
Oprócz tego, samochód do wożenia ważnych polityków musi być zdolny do szybkiego odjechania z miejsca, w którym zrobiło się zbyt gorąco. To oznacza, że musi mieć duży i szybko ładujący się akumulator. Coś w tym jest, choć i tak raczej nikt nie podstawia do wożenia VIP-ów wozów z akumulatorem naładowanym na 1%, a spalinowe limuzyny nie przyjeżdżają na rezerwie.
Najważniejszy argument dotyczy masy własnej
Auta elektryczne już wyjściowo są ciężkie jak stado słoni i dwie dzielnice Amsterdamu razem wzięte. W przypadku aut służących w ministerstwie, niektóre egzemplarze powinny być dodatkowo opancerzone. To podnosi ich masę do poziomów, na których znają się już tylko fizycy liczący masę planet. No i obniża zasięg.
Podsumowując: w holenderskich gabinetach ktoś zapewne powiedział „z tymi elektrykami to dajcie spokój, kto to słyszał”. Niech obywatele to kupują, ale rząd póki co pocieszy się jeszcze V8 i V12. Z rozkładanymi fotelami.