REKLAMA

Nie warto edukować dzieci w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego, mówi dyrektor do spraw bezpieczeństwa ruchu drogowego

Chyba warto rozważyć coroczną nagrodę za najmniej sensowną wypowiedź w kwestii ruchu drogowego, transportu i motoryzacji. Póki co, mamy mocnego kandydata: to odnoszący liczne sukcesy w kwestii bezpieczeństwa ruchu drogowego Tomasz Tosza, do tej pory z Jaworzna, obecnie już w warszawskim ratuszu. Uważa on, że nie warto edukować dzieci w kwestii bezpieczeństwa na drodze.

Nie warto edukować dzieci w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego, mówi dyrektor do spraw bezpieczeństwa ruchu drogowego
REKLAMA

Dzieci są strasznie głupie. Mówisz takiemu dziecku, żeby czegoś nie robiło, a ono i tak to robi. Albo na odwrót, mówisz mu „idź za mną”, a ono zobaczy kotka i pójdzie za kotkiem. Bez sensu. W serwisie prawo.pl przeczytałem wypowiedź wicedyrektora Toszy, która potwierdza moje przypuszczenia co do dzieci: są tak durne, że szkoda tracić czas na jakąkolwiek ich edukację w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Przywołam tę wypowiedź, bo ona się nadaje na jakiś billboard albo koszulkę:

Z żadnego badania nie wynika, że edukacja dzieci poprawi bezpieczeństwo. Dlatego w krajach zachodnich nie przerzuca się odpowiedzialności na młodzież. Emocje u dzieci są tak silne, że zapominają, jak zachowywać się na drodze i narażają się na bardzo niebezpieczne sytuacje.

REKLAMA

Z żadnego badania nie wynika, że edukacja dzieci ma sens

Ogólnie nie warto uczyć dzieci czegokolwiek – już narzucanie im języka, czytania i pisania czy podstawowych zasad współżycia społecznego jest rodzajem przemocy. Emocje u dzieci są tak silne, że zapominają wszystkiego, czego się nauczyły. Siedmiolatek nie umie chodzić, a dziewięciolatek – mówić. Po prostu wszystkiego zapomniały. Dyrektor Tosza odkrywa przed nami zupełnie nowe pola nauki, wprawdzie delikatnie pomija że w mózgu człowieka tzw. kora asocjacyjna odpowiedzialna za skomplikowane operacje mózgowe rozwija się aż do 20. roku życia. Wprawdzie każdy wie, że języków obcych warto uczyć się w dzieciństwie, podobnie jak umiejętności typu jazda na rowerze, na nartach i tak dalej. To dlatego już dzieci uczymy jak przechodzić przez jezdnię, jak poruszać się rowerem, jakich zachowań unikać dla bezpieczeństwa swojego i innych. Jeśli pójść logiką wicedyrektora Toszy, to nie należy w ogóle mówić dzieciom co znaczy czerwone czy zielone światło, bo przecież przez silne emocje i tak zapomną. Nawet nie wiem jak to skomentować, poza tym że moja dotychczasowa opinia o tej osobie potwierdza się.

Ta wypowiedź już zasługuje na złoto, ale w dalszej części padają też ciekawe pomysły

Jak na przykład powrót fotoradarów do straży miejskich. Przypomnę, że po serii incydentów, gdzie straż miejska używała fotoradarów w sposób urągający wszelkim zasadom, odebrano samorządom prawo kontrolowania prędkości i nakładania mandatów. Fotoradary oddane samorządom były kpiną z bezpieczeństwa ruchu drogowego. Stawiano je niezgodnie z instrukcją producenta, pod losowym kątem, za szybą samochodu, korzystano z urządzeń niedopuszczonych do użytku, wreszcie stawiano dyskusyjne oznakowanie, żeby zmylić kierowców – to wszystko zupełnie nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę, że każdy zakupiony fotoradar był inwestycją, która musiała na siebie zarobić. Tak, koniecznie powróćmy do tej sytuacji.

Oczywiście, że fotoradary powinny być. Obecna sytuacja, gdzie znak mówiący o pomiarze prędkości automatycznie powoduje, że cały ruch się uspokaja, jest bardzo dobra. Podobnie jest z pomiarem odcinkowym – jeśli kierowcy widzą znak, który o nim informuje, praktycznie wszyscy zwalniają i jadą zgodnie z przepisami. O wiele gorzej byłoby, gdyby fotoradary pochować w śmietnikach, bo celem nie jest ogolenie ludzi z pieniędzy, tylko zminimalizowanie liczby wypadków. W przypadku fotoradarów obsługiwanych przez straż miejską chodziło tylko o hajs.

Można sobie dywagować nad tymi bredniami, na razie to tylko projekty, z których może nic nie wyjść

Ostatecznie to wszystko i tak nic nie daje, bo zawsze znajdzie się pijany kierowca auta przypadkowej marki, który spowoduje wypadek na parę aut. Jedyne co daje efekty, to długoletnia edukacja społeczeństwa. To dlatego na zachodzie Europy poziom bezpieczeństwa jest wyższy – są o jakieś 30-40 lat edukacji przed nami. My jako społeczeństwo zmotoryzowaliśmy się dużo później, więc i dużo później dojdziemy do poziomu Szwecji czy Wielkiej Brytanii. Ciekawe czy Szwedzi, Holendrzy czy Brytyjczycy edukowali swoje dzieci w kwestii bezpieczeństwa, czy uznali że „nie ma na to badań” i można wycofać wszystkie programy skierowane do nieletnich. Obstawiam, że jednak punkt pierwszy. Widocznie nie mieli dyrektora Toszy, który powiedziałby im, że to bez sensu.

REKLAMA

Zdjęcie główne - pixabay.com lubovlisitsa

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2025-04-01T17:24:50+02:00
Aktualizacja: 2025-03-31T13:51:48+02:00
Aktualizacja: 2025-03-31T08:01:02+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA