Donald Trump zatapia kurs dolara. Kupujcie amerykańskie klasyki, jak na przykład te
Od stycznia do kwietnia bieżącego roku kurs dolara spadł o 34 grosze, czyli zamiast 4,15 zł za jednego dolara trzeba zapłacić 3,81 zł. Ja wiem, że afera z cłami to nic dobrego, ale dzięki temu kupując auto w USA za 10 tys. dolarów, zapłacimy o 3400 zł mniej. A klasyków do kupienia za oceanem nie brakuje.

Mam takie spostrzeżenie, że jeśli chodzi o samochody zabytkowe, to Stany Zjednoczone są numerem jeden – zarówno jeśli chodzi o liczebność tych pojazdów, jak i o kulturę z nimi związaną. Czy to piękne muscle cars na losowym zlocie w małym miasteczku na południu, czy europejskie graty używane na co dzień w Kalifornii – Amerykanie faktycznie jeżdżą klasykami i w ogóle się tego nie boją. Przejechałem trzykrotnie przez ten dziwny kraj i w odróżnieniu od Europy, tam naprawdę widać zabytkowe samochody w ruchu ulicznym. Nie wspomnę już o tym, ile z nich dalej gnije na podwórkach.
Amerykańskie samochody zabytkowe mają jedną istotną zaletę
Działają. Można po prostu wsiąść i jechać, w odróżnieniu od znacznie bardziej wymagających uwagi klasyków europejskich, zwłaszcza angielskich, ale też włoskich i francuskich. Amerykańskie auto jest proste, wręcz prymitywne, zużywa dużo paliwa i pięknie brzmi, a przy tym każdy się za nim ogląda, ale najważniejsza w nim jest funkcja praktyczna. Naprawdę da się przejeździć cały sezon wiosenno-letni za kierownicą amerykańskiego zabytku - nie pytajcie, skąd wiem. W dodatku do tych samochodów da się kupić części zamienne, zwłaszcza do popularnych modeli.
Skoro klasyki z USA potaniały, to może warto coś kupić?
Zdecydowanie tak. Jak już wspomniałem, przy cenie 10 tys. dolarów mamy różnicę 3400 zł wobec cen styczniowych, przy 20 tysiącach to będzie już prawie 7 tys. zł. Oczywiście ktoś powie, że dolar może upaść jeszcze niżej, ale ja odpowiem, że skoro właściwie mamy już wiosnę w pełnym rozkwicie, to albo kupujesz teraz, albo czekasz do następnego sezonu.
Sprawdziłem, co da się kupić na popularnej stronie Copart, gdzie w kategorii „Classics” znajduje się obecnie aż 9926 ofert aut zabytkowych z pewnymi uszkodzeniami albo wymagających mniejszej lub większej renowacji. Oczywiście nie obejrzałem wszystkich, bo to niemożliwe, ale wybrałem pięć ciekawych wozów, które wpadły mi w oko – każdy zupełnie inny, ale wszystkie z nich łączy stuprocentowo amerykańskie pochodzenie. Gdyby wyprodukowano je dziś, byłyby wolne od cła.
Ustalmy: niespecjalnie da się tym jeździć. Ale obcowanie z maszyną, która ma ponad sto lat to naprawdę niezwykłe doświadczenie, a przy okazji taki pojazd może być ozdobą czy to zlotu, czy innej imprezy, czy nawet stać jako eksponat stały na wystawie. Oczywiście nikt nie pamięta już marki REO, a już zupełnie nikt nie wie, że jej nazwa to skrót od imienia i nazwiska Ransoma Eli Oldsa, znanego z założenia marki Oldsmobile. Ciężarówki REO produkowano aż do roku 1974, wykończył je dopiero kryzys paliwowy. 103-letni samochód ciężarowy ma niewątpliwe zalety – jest zabytkiem z ustawy, nie trzeba się martwić o to, że nie dostanie żółtych tablic, bo jest zbyt popularny. Poza tym nie ma do niego żadnej części, więc wszystko można dorobić i nikt nigdy się nie zorientuje, że tak nie było oryginalnie. No i rozpędzi się do 40 km/h, czyli jest dość bezpieczny.

Marka Studebaker miała świetny czas po wojnie. Jako jedni z pierwszych wjechali z nowoczesnym designem, błotnikami zintegrowanymi z nadwoziem czy giętymi szybami. Studebakery świetnie się sprzedawały, ale w latach 60. efekt świeżości przymarł, konkurencja się ogarnęła i ostatecznie Studebaker zniknął przygnieciony potęgą trójki z Detroit. Znalazłem na Copart Studebakera Champion z 1950 r. napędzanego dolnozaworowym silnikiem 2,8 l o mocy 80 KM (6-cylindrowym). Jest piękny, a z opisu wynika, że jedyne uszkodzenia to małe obtarcia i wgniotki. Cena „kup teraz” to jedynie 14 300 dolarów, czyli 54 500 zł.

Plymouth Barracuda z lekko nadpaloną komorą silnika
Model Barracuda to tzw. pony car, czyli mniejszy muscle car. Na rynku amerykańskim został zaprezentowany przed Fordem Mustangiem, ale nigdy nie zdobył jego popularności – może za sprawą trochę dziwnej stylizacji z gigantyczną tylną szybą o powierzchni aż 1,3 m2. Na aukcję trafił model roku 1966, wytwarzany w tej postaci tylko przez jeden rok, między pierwszym liftingiem a drugim. Auto ma silnik V8, ale uszkodzony, bo coś się zaczęło w nim palić. Stawiam pięć dolarów (po 3,81 zł za dolara), że jest to w pełni naprawialne i że Barracuda może wrócić na drogi. Podobno srebrny to nie kolor, ale ja się z tym nie zgadzam.

Koniec lat 40. to czasy glorii i chwały samochodów amerykańskich. Żaden Mercedes ani marki angielskie nie miały wtedy szans z autami amerykańskimi jeśli chodzi o prestiż. Nawet przywódcy krajów komunistycznych jeździli samochodami importowanymi ze Stanów Zjednoczonych, choć niespecjalnie głośno o tym mówiono. Z tych właśnie czasów pochodzi niesamowity Lincoln Continental – gigantyczny, bulwiasty i dwudrzwiowy. W Continentalu zginął Sonny Corleone w filmie „Ojciec chrzestny”; wiem, ciekawostka zupełnie bezużyteczna. Continental z 1948 r. był ostatnim modelem z serii zaprezentowanej w 1939 r., przy okazji horrendalnie drogim i robionym ręcznie – zbudowano mniej niż 900 sztuk tego pojazdu.

Mało kto sobie zdaje sprawę, jak kultowy jest Bronco w Stanach Zjednoczonych. Nawet na Copart trudno trafić coś sensownego, a ładne egzemplarze – zwłaszcza te klasyczne – sprzedają się za dziesiątki tysięcy dolarów. W 2022 r. odrestaurowane auto sprzedało się w Las Vegas za 170 tysięcy dolarów. Natomiast egzemplarz z linku powyżej to oczywiście już ten nowszy, znany doskonale z powolnego pościgu za OJ Simpsonem. Znam dwie osoby, które po prostu jeżdżą takim Bronco jako swoim codziennym samochodem i nie zamieniłyby go na żaden inny. Ja też się takim przejechałem i o ile nie zapałałem miłością, o tyle trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej amerykańskiego niż „Bronek”.

Warto oczywiście skorzystać z usług firmy, która takie auto nam sprowadzi
Każdy z tych samochodów ktoś może wylicytować za nas. Nie trzeba robić wszystkiego samemu, na rynku nie brakuje pośredników, którzy dowiozą nam samochód nawet pod dom – i to zarejestrowany. Z własnego doświadczenia proponuję rejestrację na zabytek jako zazwyczaj jedyną opcję z powodu różnic w oświetleniu. Nie zalecam też sprowadzania aut w bardzo złym stanie, żeby nie zostały zakwalifikowane jako odpady. Złośliwy kolega z redakcji dopowiedział mi, że wszystkie amerykańskie samochody to odpady od razu po wyjeździe z fabryki, ale to oczywiście nieprawda.