REKLAMA
  1. Autoblog
  2. Ciekawostki

Zapłacił 950 zł za wyciągnięcie auta z zaspy. Teraz laweciarz zgłosi go na policję

Laweciarzowi nie spodobało się, że ktoś skomentował jego cenę i uznał ją za zawyżoną. Postanowił więc ukarać klienta, który tę cenę mu uprzednio zapłacił. 

14.12.2022
17:20
Zapłacił prawie 1000 zł za wyciągnięcie auta z zaspy. Internet wrze
REKLAMA
REKLAMA

Użytkownik Wykopu, tzw. mirek (określenie anonimowej osoby w języku wykopowym) miał pecha. Wpadł w śnieg i nie mógł z niego wyjechać, jak przyznaje – z własnej winy. Samochód wsunął się prostopadle przodem w śnieg i nie był w stanie wyjechać o własnych siłach. Mirek zadzwonił więc po pomoc drogową w postaci firmy R. Firma R. zjawiła się w sile aż dwóch lawet, a sam dojazd zajął ok. pół godziny – do przejechania laweciarz miał ponoć między 10 a 15 km. W końcu potrzebna była tylko jedna laweta, wyciągnięcie samochodu ze śniegu trwało ok. 3 minut i nie doszło do żadnych uszkodzeń. Auto po prostu stanęło z powrotem na drodze i kierowca mógł odjechać w swoją stronę. Nie było więc mowy o żadnej „kolizji”, a raczej o zakopaniu się w śniegu.

To jeszcze tylko rozliczenie

Cena za tę usługę: 1050 zł. Ktoś powie: nie zapytał wcześniej o cenę, to teraz ma za swoje. Możliwe – ale bardzo trudno jest dowiedzieć się wcześniej o cenę usługi od laweciarza, mechanika czy budowlańca. Przeważnie po pytaniu o wycenę wydają oni z siebie najpierw nieartykułowane stękanie, potem wsysają powietrze jakby się dusili, potem mamroczą coś o tym, że to zależy, a w końcu wypalają radośnie „no dogadamy się!”. Obstawiam, że w tym przypadku byłoby bardzo podobnie. Gdyby „Mirek” spytał przez telefon, ile będzie kosztowało wyciąganie go, to laweciarz mógłby uznać że sprawa jest przegrana i nawet nie ma po co jechać. Bo albo będzie musiał powiedzieć rozsądną cenę przez telefon i potem się jej trzymać, albo pominąć temat ceny i powiedzieć klasycznie „zobaczymy na miejscu”, a wtedy klient mógłby się zniechęcić. Tak czy inaczej, po negocjacjach stanęło na 950 zł.

Mirek opisał to na wykopie

Podał nazwę firmy i napisał, że jej nie poleca. Inne mirki zarzucają mu „oczernianie”. Nie widzę żadnego oczerniania w podawaniu prawdziwej informacji. Jeśli teraz tyle kosztuje usługa wyciągania auta ze śniegu, to dobrze jest o tym poinformować, bo wielu z nas nadal żyje w czasach, gdy coś takiego kosztowało 200-300 zł, a nie około 1000. W komentarzach odezwał się właściciel firmy, którego zeznania nie do końca się kleją. Ponoć klient twierdził, że ulica jest bardzo wąska i trudno będzie wyciągnąć samochód bez jego uszkodzenia. Dlatego właściciel firmy wysłał specjalny holownik z widłami - to po co chwilę później przyjechał na miejsce sam, lawetą która do niczego się nie przydała? Ponadto napisał też, że klient domagał się „korekty kosztu na 300 zł albo oczerni firmę w internecie”. Czyli targował się, ale nieskutecznie, czczy okazał się też szantaż, bo ostatecznie klient nikogo nie oczernił, tylko napisał prawdę jak było.

Właściciel pomocy drogowej zadzwonił do klienta i powiedział, że zgłosi go na policję za spowodowanie kolizji, żeby tamten zapłacił mandat. Próżny trud, panie właścicielu pomocy drogowej – żadnej kolizji nie było. Policja umorzy sprawę, ponieważ nie ma żadnego dowodu, że gdzieś zaistniała jakaś kolizja. Nie ma poszkodowanego, nie ma uszkodzeń, samochód zakopał się w śniegu i został z niego wyciągnięty przez inny samochód, za co została wystawiona faktura na usługę holowania. To cała historia, więc właściciel pomocy drogowej traci swój czas, próbując „ukarać” klienta. Nie rozumiem też jego zdenerwowania – w swoim komentarzu pan z firmy R. potwierdza, że opisana historia jest prawdziwa. W czym więc problem?

Zdjęcie z wykop.pl zamieszczone w podlinkowanym poście
REKLAMA

W tym, że pan R. wie, że wziął za drogo

I nie chce, żeby to się rozeszło, bo dopóki się nie rozejdzie, to można ten proceder kontynuować. A jak się rozejdzie, to klienci zaczną pytać o cenę zanim zawezwą pomoc drogową i dochody znacznie spadną. Dlatego powinno to pójść w zupełnie inną stronę. Pan R. powinien zażądać 1050 zł, a „Mirek” powinien się zgodzić, ale zażądać 650 zł za nieujawnianie tej informacji. Potem nastąpiłoby rozliczenie, klient zapłaciłby różnicę w tych cenach i wszyscy rozeszliby się w pokoju. A tak – mamy kłótnię, słowo przeciwko słowu i armię mirków wspierających jedną lub drugą stronę. W razie czego nie dzwońcie po pomoc drogową, tylko po szwagra, któremu potem kupicie flaszkę i już.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: tydzień temu
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA