Nissan chce robić fajne auta. Dlatego Europa dostanie elektrycznego crossovera
Japończycy od zawsze zostawiają sobie najlepsze samochody. Reszta świata co najwyżej dostaje okrojone wersje. Europa natomiast dostaje coraz mniej i coraz nudniej. I to na własne życzenie.

Kultura JDM – Japanese Domestic Market – od dziesięcioleci napędza marzenia motoryzacyjnych entuzjastów. Skyline GT-R, którego przez lata nie dało się legalnie kupić w Stanach, Silvia S15 niedostępna poza Azją, Integra Type R w wersjach, które Europejczycy mogli sobie co najwyżej oglądać na plakatach albo „turbówkach”. Lata 80. i 90. były pełne takich kąsków – zresztą nie tylko na czterech, ale też na dwóch kołach.
Europa nie jest priorytetem
Jedną z ostatnich ciekawszych pozycji była Honda S660 – zaprojektowany przez 22-letniego inżyniera mini-roadster, który wyglądał jak NSX po praniu w zbyt gorącej wodzie. Produkowano go przez 7 lat. Eksport? Oczywiście, że nie. Do tego dochodzą współczesne smaczki w rodzaju Nissana Note Aura Nismo – sportowego hatchbacka z napędem e-Power, którego europejski klient nie zobaczy u żadnego dealera.
W przypadku Europy filtr na to, co może w ogóle dotrzeć do naszych salonów, stał się w ostatnich latach tak szczelny, że nie przechodzi przez niego praktycznie nic oprócz crossoverów na prąd. A będzie jeszcze gorzej.
Silvia, Z, GT-R – tak, ale nie dla nas
W tym tygodniu na spotkaniu z dziennikarzami Richard Candler, szef globalnej strategii produktowej Nissana, powiedział wprost: firma poważnie rozważa odbudowę sportowej gamy modelowej. Candler wyznał, że jego pierwszym samochodem była właśnie Silvia i że chciałby przywrócić tę nazwę do życia. Z kolei CEO Nissana Ivan Espinosa stwierdził kilka dni wcześniej, że samochody sportowe stanowią rdzeń tożsamości firmy.

Plany brzmią obiecująco. Obok nowej generacji Skyline’a GT-R (który nie będzie elektryczny, jak zapewnił Espinosa) Nissan chciałby rozbudować ofertę sportową o Silvię, a może nawet o coś jeszcze mniejszego. Candler mówi o cięciu modeli, które nikogo nie obchodzą, żeby uwolnione środki przeznaczyć na auta z duszą. Wspomina przy tym, że nowa Silvia powinna być przystępna cenowo i celować w rywali pokroju Mazdy MX-5 czy Toyoty GR86. Pięknie, byłoby na co czekać, gdyby nie drobny szczegół: większość tych projektów prawie na pewno ominie Europę.
Nie trzeba nawet spekulować. Wystarczy spojrzeć na to, co Nissan pokazał tydzień temu – nowego Skyline'a z trzylitrową szóstką i napędem na tył. Sportowy sedan, szacunkowo około 450 koni. Ale spokojnie, spokojnie. Parafrazując – Skyline jest zarządu, a dla pana Areczka z Europy mamy elektrycznego Juke’a.
Nissan Europe: crossover, crossover i jeszcze jeden crossover
Oferta Nissana na Starym Kontynencie w roku 2026 to trzy filary: Qashqai z napędem e-Power, nowy Leaf (który z hatchbacka przeobraził się w crossovera) oraz elektryczna Micra. W kolejce czeka Juke EV. I to tyle. Żadnego Z, żadnego GT-R, żadnego Skyline’a. A młodsi entuzjaści motoryzacji nie wiedzą już nawet, co to legendarne Nismo. Jeśli chcesz auto z Yokohamy, które przyspiesza puls – musisz lecieć do Japonii albo do Ameryki.
Nissan nie jest zresztą jedynym Japończykiem traktującym Europę jak kuzynkę, której można wysłać kartkę na święta, ale prezent to już niekoniecznie. Subaru i Toyota zrobiły to samo: BRZ i bliźniacza GR86 zniknęły ze Starego Kontynentu w 2024 roku i raczej nie zostaną przystosowywane do europejskich przepisów. Europejskie plany Subaru na rok 2026 to Solterra, Uncharted i e-Outback – elektryczne SUV-y. WRX możesz kupić, ale w USA, Kanadzie, Australii albo Japonii. Subaru otwarcie mówi, że nie dadzą rady z benzyną w Europie przez regulacje.
Unia każe, producenci słuchają, fani płaczą
Żeby być wobec Japończyków uczciwym – problem nie leży wyłącznie po ich stronie. Producenci zmęczeni są coraz to nowszymi normami UE, więc okrawają ofertę na Stary Kontynent do wozideł, które spełnią wszystkie wymagania. Od 2025 roku obowiązuje zaostrzony cel emisji CO2, a to dopiero przedsionek – docelowo do 2035 roku emisja nowych aut ma spaść o 90 procent względem poziomu z 2021 roku.
Pamiętamy RX-8, który to model oficjalnie zabiły europejskie normy. Mazda musiała wycofać go z naszego kontynentu w 2010 roku właśnie ze względu na niespełnienie norm emisji. Odpływ europejskich klientów w połączeniu z rosnącymi cenami jena sprawił, że model zniknął całkowicie w 2012 roku. Bez następcy. Jak się teraz okazuje, to była zaledwie ponura zapowiedź nadchodzących czasów.

Do tego dochodzi regulacja GSR2 wymagająca m.in. czarnych skrzynek, asystentów prędkości i kamer martwego pola. Dla niszowego, sportowego auta homologacja jest nieopłacalna i wymagałaby kompletnej przebudowy. Toyota planuje zresztą wskrzesić swoje legendarne modele – Celicę, MR2 i Lexusa LFA. Minimum dwa pierwsze ma napędzać turbodoładowana jednostka spalinowa pod nazwą G20E. Tylko znów – czy któryś z tych modeli w ogóle trafi do Europy?
Producenci tną europejskie linie modelowe do kości. Zostawiają to, co przynosi wolumen – crossovery, SUV-y, hybrydy i elektryki. Wszystko z niską sprzedażą i drogą homologacją leci za burtę. Candler przyznał to bez ogródek: utrzymywanie niszowych modeli kosztuje, bo wymaga ciągłej aktualizacji homologacji i certyfikatów. Nie trzeba dodawać, że Europa jest pod tym względem najdroższa.
Oczy widzą, więc sercu żal
Najgorsze jest to, że Nissan naprawdę zdaje się mieć dobre intencje. Firma jest w trakcie restrukturyzacji, kurczy gamę z 56 do 45 modeli i chce inwestować w „projekty z pasją”, które budzą emocje. A nowy Skyline z trzylitrową V6 wygląda tak, że chciałoby się napisać mu list miłosny.

Tyle że z tej miłości i tak dzieci nie będzie. Perspektywy dla Europy wyglądają co najmniej blado. Zamiast Silvii – kolejny crossover. Zamiast GT-R-a – obietnica „może kiedyś”. Zamiast Z – Qashqai w nowym kolorze. Wszystko, co najlepsze, znów dostanie Japonia. Ameryka pewnie też. Nam zostanie artykuł o tym, jaki fajny jest Note Aura Nismo, którego i tak nie kupimy, bo Nissan nawet nie zamierza go tu sprzedawać. Przynajmniej Mazda wciąż trzyma w ofercie na Europę MX-5.
Japończcy znów chcą robić fajne auta. Tyle że nie dla nas. My będziemy o nich pisać, wzdychać i zamawiać kolejnego Qashqaia. A nowa Silvia? Może kiedyś do nas dotrze – grubo przepłacona, w kontenerze morskim.



















