Turystyka ładowarkowa to powrót do korzeni. Czekamy na przewodniki po stacjach

Samochody elektryczne mają jedną niezaprzeczalną zaletę. Pozwalają poczuć klimat, którego brakowało od lat. Pamiętacie jeszcze korzystanie z przewodników i map? Oto turystyka ładowarkowa.

Turystyka ładowarkowa to powrót do korzeni. Czekamy na przewodniki po stacjach

Dorośli lubią wracać wspomnieniami do swojej młodości, kiedy życie było beztroskie i nie kręciło się wyłącznie wokół pracy, domu i wychowywania dzieci. Przypomnijcie sobie klimatyczne podróże z lat 80., upalne lato, hity grające w radiu, korzystanie z map, przewodników i przydrożnych zajazdów. Jeśli chcielibyście do tego wrócić, znam prosty sposób. Kupcie samochód elektryczny i dajcie się ponieść turystyce ładowarkowej.

Turystyka ładowarkowa to kiełkujący trend

Samochody stają się coraz bardziej komfortowe, a jakość dróg, wbrew temu, co uważa wiele osób, przez lata też uległa poprawie. Dodajmy do tego oszczędniejsze silniki, a otrzymamy prosty morał – obecnie kierowcy zatrzymują się rzadziej. Założę się, że gdyby zapytać Warszawiaków, ile razy zatrzymują się w drodze nad morze, która przez autostradę A1 zajmuje mniej więcej 3,5 godziny, większość odpowie, że tylko raz, o ile w ogóle zajdzie potrzeba skorzystania z toalety.

Lata temu, przed powstaniem autostrady A1, osoby chcące dostać się ze stolicy do Trójmiasta korzystały z S7, czyli dawnej DK7, którą zaczęto przebudowywać do standardu drogi ekspresowej dopiero w okolicy 2000 roku. Wcześniej podróże trwały więc niemal dwukrotnie dłużej, co naturalnie rodziło potrzebę częstszego zatrzymywania się na tankowanie, posiłek czy rozprostowanie nóg. Oczywiście tyczyło się to również innych rejonów Polski, po której kierowcy poruszali się, używając przewodników, map i atlasów dla zmotoryzowanych.

Obecnie, w dobie technologii, wystarczy tylko powiedzieć sztucznej inteligencji, że macie ochotę na iced pumpkin spice oat milk latte bez kofeiny, a ta samodzielnie wyznaczy drogę i doprowadzi was do kawiarni. Jest jednak pewna grupa kierowców, która wbrew budowania dookoła siebie nowoczesnej otoczki, teoretycznie cofa się o kilka dekad, bo mimo 2026 roku, dzieli się swoimi przemyśleniami, dając rady innym kierowcom. Chodzi o samochody elektryczne i zjawisko, które można nazwać turystyką ładowarkową.

Galeria: 2 zdjęcia
Galeria zdjęć
Źródło: EV w Polsce, Facebook
Źródło: EV w Polsce, Facebook

Ciekawe, kto pierwszy na to wpadnie

Wystarczy bowiem zajrzeć na internetowe grupy zrzeszające właścicieli samochodów elektrycznych, którzy czasem dzielą się swoimi spostrzeżeniami po podróżach autami na prąd. Przykładowo, pewien użytkownik opisał swoje przemyślenia po wycieczce Porsche Taycanem z centralnej Polski nad jezioro Garda we Włoszech, czyli trasę liczącą prawie 1400 km.

Nie trzeba być motoryzacyjnym znawcą, by zgadnąć, że taka podróż to konieczność kilkukrotnego zatrzymywania się na ładowanie, zwłaszcza z czterema osobami na pokładzie i bagażem. W tym konkretnym przypadku właściciel samochodu korzystał z sieci ładowarek głównie jednego dostawcy, ale jak wiadomo, każde miejsce rządzi się swoimi prawami. Tu daleko do toalety, tu niska moc ładowania, tu ładne widoki, tu mały ruch, a tu smaczny fast food. Chyba już rozumiecie – w ten sposób można stworzyć przewodnik dla kierowców aut elektrycznych.

Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę elektryków i ładowarek, może prędzej czy później jakaś firma stworzy przewodnik po ładowarkach i będzie oferować go na stacjach? Nie wiem jak wy, ale ja widzę tu podobieństwo do dawnych lat i rosnącej popularności turystyki samochodowej – tylko zamiast zaznaczania hoteli, parkingów, zabytków i stacji benzynowych, pierwsze skrzypce grają ładowarki. Ot taka turystyka ładowarkowa.

To drogi interes, ale może bardzo lubicie planować

Zrozumiem, jeśli niektórzy nie będą przekonani i uznają ten pomysł za bezsensowny, ale pomyślcie tylko, ilu problemów z ładowaniem dałoby się w ten sposób uniknąć. Samochody elektryczne oferują coraz większe akumulatory i wydajniejsze silniki, a co za tym idzie, wyższe zasięgi, ale wizyty przy ładowarkach często są najgorszą częścią posiadania takiego auta. Awarie ładowarek, zajęte stanowiska, niska moc ładowania, brak punktów gastronomicznych i toalety w pobliżu – takie rzeczy zdarzają się i będą się zdarzać. A mając do wyboru stację ładowania w sąsiedztwie restauracji z ładnym widokiem, chyba każdy wybierze ją ponad MOP-a z prysznicami dla kierowców ciężarówek.

Każdy właściciel samochodu elektrycznego prędzej czy później będzie musiał naładować akumulator poza domem, dlatego skoro zapłaci za to trochę więcej, niech przy okazji cały proces nie będzie udręką, tym bardziej podczas dłuższej podróży po kraju czy przez Europę.

Jeśli więc dobrze wspominacie podróże sprzed lat i lubicie zatrzymywać się podczas drogi, może warto rozważyć zakup auta elektrycznego. O ile nie przeraża was fakt, że koszt przejechania Taycanem 100 km w tym konkretnym przypadku to 50 zł, czyli tyle, ile rok wcześniej właściciela wyniosła jazda autem z silnikiem Diesla. Karta sieci stacji może i usprawniła cały proces, ale nie przyczyniła się aż tak odczuwalnie do obniżenia kwoty przejazdu. Na pocieszenie warto dodać, że wizyty przy ładowarce wydłużyły podróż tylko o 2 godziny, więc zawsze mogło być gorzej.

Być może to właśnie elektryki przywróciły kierowcom coś, co motoryzacja gubiła przez lata – samą przyjemność podróżowania samochodem i czerpanie radości z każdego etapu trasy. Nawet jeśli dziś zamiast atlasu drogowego przeglądamy apkę z ładowarkami i grupki na Facebooku.

Więcej o samochodach elektrycznych przeczytasz tutaj:

Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-17T09:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-16T17:07:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-16T11:19:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-16T10:07:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T19:59:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T19:07:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T18:14:09+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T17:02:38+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T16:14:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-15T12:23:06+02:00