Płacą za sprawdzenie auta w salonie. Jeszcze żaden nie pożałował
Coraz więcej Polaków odbiera nowe samochody z salonu w towarzystwie rzeczoznawcy. Bo okazuje się, że nówka „prosto z fabryki” to pojęcie mocno umowne.

Czekasz kilka miesięcy. Odchudzasz konto o kilkadziesiąt tysięcy złotych, aż w końcu dostajesz informację, że na podjeździe salonu stoi twoje nowe auto. W odświętnej kokardce, och i ach. Piękne. Nowe. Pachnące. Twoje. Dealer gratuluje, z przyklejonym uśmiechem o poziomie szczerości porównywalnym z obietnicami polityków zaprasza do podpisania papierów. Ekscytacja bierze górę nad skrupulatnością, chcesz mieć te wszystkie miesiące czekania za sobą, podpisujesz i wyjeżdżasz. A to właśnie błąd.
Okazuje się, że w ostatnim czasie rosnącą popularnością cieszy się nowy trend, który skutecznie ściera sprzedawcom wystudiowane uśmiechy z twarzy. Kiedy już ściskają w ręce papiery i tylko czekają na podpis klienta, pojawia się irytujący typ, który zamiast robić sobie zdjęcia z kluczykami, kuca przy zderzaku z miernikiem grubości lakieru. Przykład snobizmu? Urojenia paranoiczne? Nie – coraz częściej po prostu ostrożny kupujący na odbiór umawia się z rzeczoznawcą. I niestety są ku temu solidne powody.
Skala problemu to najlepsze uzasadnienie
Liczby są bezlitosne. EkspertCar szacuje, że nawet 25 procent fabrycznie nowych samochodów wyjeżdżających prosto z salonu ma już jakieś uszkodzenia. Statystyki firmy Currus Cars, od dekady uczestniczącej w odbiorach nowych aut, są jeszcze surowsze: w ostatnich latach sześć–siedem na każde dziesięć sprawdzanych samochodów ma jakieś nieprawidłowości. W marcu 2026 roku odnotowali jeden odbiór bez zarzutu. Jeden. Na cały miesiąc. Gwarancji nie daje żadna marka, nawet te z segmentu premium.
Znany z mediów społecznościowych Damian z trójmiejskiej firmy Moto-TMT.pl regularnie dokumentuje odbiory nowych samochodów i publikuje szczegółowe raporty z inspekcji. Jego relacje to kompendium wiedzy na temat najczęściej występujących problemów. Czytajcie uważnie – to nie jest opis używanego auta z komisie za 15 000 zł.
Lista usterek jak solidny poemat
Absolutny lider nieprawidłowości to podwójna powłoka lakiernicza. Zdarza się to nawet na całych samochodach. Standardowa grubość lakieru w nowym aucie to 90–120 µm. Gdy miernik pokazuje 150 (a w najgorszych przypadkach nawet 320 µm) na każdym elemencie – wnękach, progach, dachu, drzwiach i masce – całe auto było lakierowane ponownie. Nie daj się nabrać, że to „kwestia koloru” czy konkretnego lakieru. Jeśli obierzesz takie auto bez stosownego odnotowania tego faktu, czeka cię bolesna niespodzianka: przy próbie odsprzedaży po kilku latach żaden rzeczoznawca ani prywatny kupujący z miernikiem nie uwierzy, że to bezwypadkowa sztuka. Wartość spada znacząco, zanim jeszcze odpalisz.
Reszta listy nie jest dużo przyjemniejsza. Oto wybrane usterki wykrywane przy odbiorach nowych aut:
- uszkodzenia strukturalne lakieru;
- ubytki lakieru – głównie na rantach i w miejscach mało widocznych;
- listwy plastikowe z deformacjami struktury albo uszkodzone mechanicznie;
- nieprawidłowe spasowanie elementów karoserii;
- uszkodzone elementy (np. pogięte żebra chłodnicy, uszkodzony hak razem z gniazdem);
- braki w wyposażeniu standardowym (np. brak maty w bagażniku);
- wymienione i ponownie lakierowane elementy z widocznymi śladami roboty;
- liczne wtrącenia lakiernicze;
- uszkodzone uszczelki szyb;
- uszkodzone elementy mocujące (np. kołki montażowe w plastikowej obudowie silnika);
- ślady demontażu – naruszone śruby montażowe, niedociśnięte kołki;
- niesprawne elementy oświetlenia – możliwy brak podłączenia przy naprawie tyłu lub usterka samej lampy bądź listwy;
- nieszczelności elementów oświetlenia z widoczną wilgocią wewnątrz;
- uszkodzenia wnętrza;
- uszkodzenia felg;
- wżery korozyjne.
To nie jest zamknięta lista usterek. Nie dotyczy też jednego pechowego egzemplarza. To zestaw problemów pojawiających się regularnie, w różnych konfiguracjach, przy różnych markach. Damian dokumentuje je m.in. w nowych Volkswagenach, Volvo i Alfa Romeo – nie tylko przy chińskich nowicjuszach.
Skąd to wszystko się bierze?
Żeby trafić do salonu, samochód pokonuje długą i wcale nie sielankową drogę. Transport morski z drugiego końca świata, postój na placu portowym, załadunek na lawetę, rozładunek w centrum logistycznym, przejazd do dealera. Na każdym etapie może dojść do uszkodzenia – i regularnie dochodzi.
Pracownicy importerów anonimowo relacjonują takie przypadki regularnie. Zwykle jest to nazywane „uszkodzeniem w transporcie” albo PDI repair (naprawą przedsprzedażową). Znane są choćby przypadki, kiedy przez cały plac nowych samochodów przeszło gradobicie. Czekający klienci dostają informację o rzekomych opóźnieniach transportu, podczas gdy auta są naprawiane. Ci, którzy nie zabiorą ze sobą rzeczoznawcy na odbiór, wyjeżdżają z salonu bez świadomości tego, co dostali.
Do tego dochodzą wady wyłapywane jeszcze na końcu linii produkcyjnej. Samochód wraca do lakierni, wyjeżdża z fabryki z podwójną powłoką i trafia do klienta jako nowy. Nikt nie informuje nabywcy. Powód jest prosty: do momentu podpisania protokołu odbioru dealer ma interes w tym, żeby klient niczego nie zauważył. Po podpisaniu – sprawa staje się znacznie trudniejsza do egzekwowania. Więcej o tym, co dzieje się z autem zanim trafi do salonu, pisaliśmy tutaj.
Tanio nie jest, ale i tak się opłaca
Usługa asysty przy odbiorze nowego auta kosztuje zazwyczaj od 800 do 1500 zł, zależnie od zakresu i segmentu pojazdu. Przy samochodzie za 150–400 000 zł to niewiele. Solidna inspekcja obejmuje pomiar grubości lakieru na wszystkich elementach, ocenę spasowania karoserii, diagnostykę komputerową, sprawdzenie wyposażenia względem specyfikacji zamówienia, a coraz częściej też kamerę termowizyjną do weryfikacji ogrzewania szyb, foteli i kierownicy.
Kluczowa jest jednak nie tylko sama inspekcja, ale moment jej przeprowadzenia. Dopóki nie podpiszesz protokołu odbioru, masz wszystkie karty w ręku: możesz zażądać usunięcia wad przed wydaniem auta, wynegocjować rabat, wywalczyć dodatkowe wyposażenie albo – w skrajnych przypadkach – odstąpić od umowy. Dealer nie ma prawa odmówić udostępnienia auta do inspekcji przed podpisaniem. Jeśli próbuje – to już jest sygnał sam w sobie.
Sama obecność rzeczoznawcy przy odbiorze zmienia dynamikę rozmowy z salonem. Część z nich jest już sprzedawcom dobrze znana. Wiedzą, jakie zasięgi robią relacje z nieudanych inspekcji, więc wolą nie ryzykować i są bardziej skłonni do ustępstw niż wobec samotnego klienta śliniącego się na widok kokardki na masce.
Snobizm? Raczej elementarna ostrożność
Można mówić, że ktoś, kto przychodzi do salonu z rzeczoznawcą, okazuje brak zaufania do dealera. Można też spojrzeć na to inaczej: płacąc 100 czy 200 tys. złotych, chce się dostać to, co jest w umowie. Samochód nowy. Bez podwójnej warstwy lakieru na całym nadwoziu. Bez pękniętego kołka pod maską. Bez wilgoci w listwie świetlnej. Bez uszkodzonej felgi w pakiecie startowym.
Rzeczoznawcy śmieją się, że klienci przy odbiorze robią sobie zdjęcia z kokardką, zamiast obfotografować auto dookoła. Kokardka wygląda świetnie na Instagramie. Miernik lakieru pokazujący 280 µm na masce – nie za bardzo. Ale to właśnie on mówi, co naprawdę kupiliście.



















