Pojechałem starym dieslem nad Balaton. Ogłuchłem, ale wróciłem bez traumy
Niedawno redaktor Łubiński pojechał na majówkę 52-letnim Mercedesem, co opisywał TUTAJ na łamach Autobloga. Ja postanowiłem wybrać się nieco młodszym pojazdem, ale za to zdecydowanie dalej. Pojechałem 55-konną Mazdą z rocznika 1992 nad Balaton.

Celem tej podróży tak konkretnie był złot Ikarusów (któremu poświęcę oddzielny tekst) w miejscowości Tapolca, która znajduje się jakieś kilkanaście kilometrów od krawędzi Balatonu. Rzecz w tym, że trasę zamierzałem zrobić na jeden raz, mając do pokonania niespełna 800 kilometrów. Tyle, że jako typowy Polak-biedak-cebulak, nie zamierzałem nikomu płacić za autostrady i drogi ekspresowe, dlatego orientacyjny czas podróży wynosił jakieś 10 godzin.

Wóz operacyjny to Mazda 323 z 1992 roku
Z potężnym, 55-konnym Dieslem pod maską, który może i jest bardzo głośny, ale za to nie przyspiesza pod górę. Priorytetem była jednak ekonomia podróży, ponieważ stare klekoty mają tę niepodważalną i wspaniałą cechę, że spalają szklankę oleju napędowego na 100 przejechanych kilometrów.

Samochód nie ma oczywiście tej prezencji co Mercedes Strich Acht, ponieważ jest mu znacznie bliżej do współczesnych niż ponad 50-letnich konstrukcji. Nie zmienia to jednak faktu, że ma już przeszło 30 lat i kilka setek tysięcy kilometrów na budziku.
Na drogach szybkiego ruchu da się w miarę sprawnie jechać w zakresie 100-110 km/h
Nie jest to kres możliwości Mazdy, ponieważ bezproblemowo rozwijała też większe prędkości, ale wszystko powyżej 100 km/h stanowiło już spory wysiłek. Zasadniczo, wóz najlepiej radził sobie z szybkością do około 100 km/h. Rozpędzenie się nie zajmowało pięciu dni roboczych, a utrzymywaniu prędkości nie towarzyszył rozdzierający huk silnika Diesla.

Pewnym problemem było natomiast wyprzedzanie. Niestety, samochód nie ma takiego przyspieszenia, aby szybko się poderwać i połknąć np. ciężarówkę z naczepą, nie spowalniając przy tym nadciągającego peletonu szybciej jadących kierowców. Dlatego często długimi fragmentami musiałem się dostosować do prędkości 80 km/h i podjąć się wyprzedzania dopiero wtedy, kiedy za mną było dużo wolnego miejsca. Na szczęście, podróż zacząłem w środku nocy, dlatego takich sytuacji w drodze z Polski do Węgier było akurat niewiele - gorzej było w drodze powrotnej, odbywającej się już w niedzielne popołudnie.
Podjazdy pod górę były koszmarem, bo brakowało mocy nawet na utrzymanie prędkości
No cóż, jakkolwiek lokalne drogi nie byłyby urokliwe, to niestety ciągła wspinaczka przez czeskie i słowackie wzniesienia dała Maździe w tyłek. Jej 55 koni mechanicznych dawało sobie radę z lżejszymi podjazdami, ale że sporo tras miało nachylenie 12-14%, czasami konieczne było drapanie się nawet na drugim biegu.

Momentami było to okropnie irytujące, kiedy na niższym biegu silnik kręcił się do jakichś 12 tysięcy obrotów, a po wrzuceniu wyższego momentalnie opadały mu siły witalne i samochód zaczynał tracić prędkość. Przy pedale gazu wdepniętym do podłogi w środku aż kurzyło się od spalin.
Pomimo tych niedogodności, cel osiągnąłem w zakładanym czasie, a po dotarciu na miejsce nie bolał mnie kręgosłup
Tak długa trasa na jeden strzał przeważnie odciska swoje piętno na kręgach szyjnych, kości ogonowej i ogólnym samopoczuciu. Tymczasem, z wozu wysiadłem całkowicie wypoczęty, nie czując żadnego dyskomfortu.

Być może jedyna rzecz, która faktycznie nieco przeszkadzała, to przyklejone do oparcia fotela plecy - to jednak naturalna wypadkowa braku klimatyzacji i wysokiej temperatury otoczenia, ponieważ w momencie wizyty na Węgrzech było tam w ciągu dnia około 30 stopni.
Wóz w jedną stronę wciągnął równo 5 litrów na setkę, a w drugą nawet mniej
Stare diesle bez turbodoładowania mają tę ogromną zaletę, że spalają niewielkie ilości paliwa, nawet pod dużym obciążeniem. Tym sposobem, rezultatem jazdy po autostradzie, po stromych zboczach, po mieście, w tym również i w korkach, a jednocześnie bardzo dużo na wysokich obrotach silnika, było średnie spalanie na poziomie niemal równo 5 litrów na 100 kilometrów.

W drodze powrotnej, kiedy już nie gonił mnie czas i mogłem nieco odkręcić śrubę, udało się zejść jeszcze niżej - do poziomu 4,8 litra na setkę. Przy jednoczesnym założeniu, że zapewne każdym innym gratem pokonałbym identyczną trasę w bardzo zbliżonym tempie, jest to dla mnie wynik budujący.
W przeciwieństwie do Mercedesa redaktora Łubińskiego, Mazdy na Węgrzech nikt nie zauważał
Po pierwsze, auto wygląda jak kostka mydła i jest podobne do wszystkiego innego, dlatego też nie ściągało spojrzeń przypadkowych ludzi. Nie wyróżnia się na drodze na tyle, żeby wzbudzić w kimś dodatkowe emocje - ot, stary samochód, nic ciekawego.

Po drugie, Węgrzy takimi i podobnymi pojazdami jeżdżą… normalnie na co dzień. Takie auta, jak np. “najntisowe” Japończyki, Fiaty czy Volkswageny robią tutaj za zwyczajne wozy. Tak że moja Mazda wyglądała po prostu tak, jak każdy inny samochód.
Awarie? Ale jakie awarie?
Stary Diesel to konstrukcja równie prosta, co nóż do cięcia tapet, dlatego o żadną usterkę silnika się nie obawiałem - wszak co miałoby się tam zepsuć na tyle, aby unieruchomić samochód?
Kiedyś to było, kiedy na świecie nie było tylu komputerów.



















