Kaczka Citroena powraca. Nowa będzie wyglądała jak stara
Na konferencji inwestorskiej Stellantisa w Michigan prezes Citroena Xavier Chardon wyszedł na scenę i bez zbędnych wstępów ogłosił powrót 2CV. Sala odpowiedziała oklaskami, a co zrobi rynek?

Nie tak dawno zastanawiałem się, czy przy okazji zapowiedzi nowego elektrycznego mini na rynek europejski Citroen odważy się sięgnąć po bodaj najsłynniejszą nazwę ze swojej historii. Teraz CEO oficjalnie potwierdził powrót nazwy i sylwetki 2CV dla nowego elektrycznego samochodu miejskiego, który ma trafić na drogi w 2028 roku. Cena docelowa: ok. 15 000 euro, czyli mniej więcej 65 000 zł przy bieżącym kursie. To istotne, bo właśnie w tym leży sens całego pomysłu – ani o euro więcej, inaczej cały efekt „auta dla ludu” umiera już na etapie katalogu producenta.
Samochód zostanie wyprodukowany we włoskiej fabryce w Pomigliano d’Arco koło Neapolu – tej samej, gdzie odrodzi się jednocześnie Fiat Panda. Że nie we Francji? Oj tam oj tam. Chardon tego pytania wolał nie słyszeć. Za to ładnie opowiedział o „demokratyzacji elektromobilności”.
Gra na nostalgii
Pierwsze wizualizacje – celowo zaciemnione, bo pełna premiera zaplanowana jest na Salon Samochodowy w Paryżu w październiku 2026 roku – pokazują charakterystyczną, ślimaczą sylwetkę oryginału z 1948 roku. Szeroko rozstawione nadkola, wysoki dach, bryła, którą dziennikarze po tamtej premierze nazywali „puszką” i „paskudnym wynalazkiem”. Publika odpowiedziała kolejkami do salonów, a ze wspomnianymi krytykami historia obeszła się bezlitośnie. Ponad 5,1 miliona sprzedanych egzemplarzy udowodniło, że klienci mieli własną opinię w tej kwestii.

Citroen postanowił zaryzykować i odwołać się do nostalgii towarzyszącej legendzie 2CV. Nowy projekt wprost nawiązuje do tego profilu, wzbogacając go o nowoczesne detale inspirowane konceptem ELO, który wyznaczył kierunek stylistyczny marki. Kontekst rynkowy tłumaczy, dlaczego marka sięgnęła akurat po tę kartę – to bodaj jedyna zagrywka, której Chińczycy nie skopiują. Możliwości techniczne owszem, ale sentymentu do ślimakowatej kaczki raczej nie.
Auto ma mierzyć poniżej 4 metrów, co pozwoli odróżnić je od zbliżonego wymiarami e-C3. Citroen wyraźnie nie chce, by ktoś pomylił ikonę z codziennym hatchbackiem segmentu B. Chardon zapowiedział, że 2CV będzie jednym z siedmiu nowych modeli marki do 2030 roku. Dwa z nich – w tym 2CV – mają wejść w segmenty, gdzie Citroena wcześniej nie było lub dawno go tam nie widziano.
Kontekst rynkowy nie jest tu przypadkowy. Segment najtańszych elektryków robi się w Europie coraz ciaśniejszy – i wcale nie za sprawą europejskich producentów. Dacia Spring startuje od 76 900 zł, Leapmotor T03 oferuje lepszą baterię i większy zasięg za 84 900 zł, a chińska ofensywa cenowa nie zwalnia. Okienko na potencjalnie udany debiut się kurczy. Kiedy rynek nasyci się innymi opcjami, nawet historyczne odwołania i najpiękniejsze przemowy mogą nie wystarczyć.
Stellantis wyciąga asa z rękawa
Chardon powtórzył, że nowe 2CV ma mieć „dokładnie takie samo przeznaczenie jak oryginał z końca lat 40.” – czyli pchnąć europejski rynek do przodu w momencie, gdy popyt stoi w miejscu. To odważna teza. Tamten oryginał pojawiał się w powojennej Francji, gdzie samochód był jeszcze luksusem, nie normą. Dziś klient porównuje recenzje na YouTube i sprawdza zasięg w warunkach zimowych. Wiara w siłę ikony jest ryzykowna, chyba że cena naprawdę się utrzyma.

Oryginalne 2CV zadebiutowało 7 października 1948 roku na Salonie Samochodowym w Paryżu. Projekt pod kryptonimem TPV (Toute Petite Voiture – „bardzo mały samochód”) powstał jeszcze przed wojną, ale Niemcy zajęli Francję, zanim udało się go pokazać publice. Część prototypów ukryto, resztę zniszczono.
Przez ponad 40 lat produkcja odbywała się w dziewięciu fabrykach w Europie i Ameryce Południowej. Ostatni egzemplarz zjechał z taśmy w Mangualde w Portugalii 27 lipca 1990 roku. Łącznie ze wszystkimi wersjami wyprodukowano ponad 5,1 miliona sztuk. Przez lata 2CV było najtańszym nowym samochodem dostępnym we Francji – i przez lata wyśmiewanym. A potem kolekcjonowanym przez pół Europy.
To pokaźny bagaż historyczny. Czy Citroen zdoła go udźwignąć małym elektrykiem, którego oryginalność zakończy się zapewne na fikuśnym nadwoziu? Mam spore wątpliwości, ale Francuzi ewidentnie wierzą, że historia lubi się powtarzać. Albo po prostu nie bardzo mają wyjście. Co im z tego wyjdzie? Przekonamy się jesienią.



















