Koniec zielonego światła w samochodach. Problemów było zbyt dużo
Pomysł dotyczący zielonego światła ostrzegawczego dla członków OSP nie spodobał się MSWiA i Związkowi Gmin Wiejskich RP. Wychwycili oni całą masę wad w projekcie.

Zapewne pamiętacie jeszcze o pomyśle dotyczącym wprowadzenia zielonego światła ostrzegawczego dla członków Ochotniczej Straży Pożarnej, o którym zrobiło się głośno na początku roku. Projekt wydawał się rewolucyjny, ale wzbudzał też pewne kontrowersje. Wygląda jednak na to, że nic z niego nie będzie, bo MSWiA i Związek Gmin Wiejskich RP wymieniły liczne problemy, które się z nim wiążą.
OSP bez zielonego światła. MSWiA i Związek Gmin Wiejskich mówią „nie”
Kilka miesięcy temu poseł Bartosz Romowicz napisał na Facebooku, że razem z wicemarszałkiem Senatu, strażakiem OSP Maciejem Żywno, pracują nad projektem dotyczącym wprowadzenia zielonego światła ostrzegawczego dla strażaków-ochotników jadących na wezwanie. Informacja szybko obiegła media, bo rozwiązanie mogłoby poprawić bezpieczeństwo, ale jednocześnie wywołało pewne wątpliwości.
Przypomnijmy, że pojazdom uprzywilejowanym – takim jak wozy strażackie – w sprawnym dotarciu na miejsce zdarzenia pomagają sygnały świetlne i dźwiękowe, ale członkowie OSP często korzystają ze swoich prywatnych samochodów, by szybko dotrzeć do remizy lub na akcję. Ich auta nie wyróżniają się na ulicy, dlatego pozostali uczestnicy ruchu drogowego nie wiedzą, że tuż obok może poruszać się strażak-ochotnik jadący na akcję. Zielone światło mogłoby pomóc o tym informować, ale jednocześnie nie nadawałoby statusu pojazdu uprzywilejowanego.
Nic więc dziwnego, że po zapoznaniu się z ogólnym zamysłem projektu w głowie pojawiają się pewne wątpliwości. I tak się składa, że MSWiA oraz Związek Gmin Wiejskich RP mają podobne zdanie. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, najważniejszy resort odpowiedzialny za służby mundurowe w Polsce, skrytykowało projekt ustawy, nie wskazując nawet, co ewentualnie należałoby w nim poprawić. Serwis Prawo.pl dodaje też, że już wcześniej pomysł zielonego światła ostrzegawczego nie spodobał się także Komendzie Głównej Państwowej Straży Pożarnej.

Przemawia za tym kilka argumentów
Śląski Związek Gmin i Powiatów, który też przyjrzał się pomysłowi zielonych świateł dla samochodów strażaków-ochotników, wskazał, że projektowi brakuje jasnych reguł. Nie wiadomo bowiem, kto miałby być uprawniony do korzystania z Green Lights, jak wyglądałaby procedura przyznawania uprawnień, jakie są minimalne wymagania techniczne tych urządzeń ani jakie są zasady montażu, homologacji i kar za ich nielegalne używanie.
MSWiA dodaje, że kierowcy na polskich drogach są przyzwyczajeni do prostego schematu. Niebieskie i czerwone światła to pojazdy uprzywilejowane, żółte przed czymś ostrzegają, a zielone nie mają nadanego żadnego znaczenia, oprócz sygnalizatorów. Według resortu Green Lights dla członków OSP stwarzałyby realne ryzyko dezorientacji. Jeden kierowca na ich widok może zahamować, drugi zjedzie na pobocze, a trzeci zwyczajnie zignoruje sygnał, jeśli nie wie, co oznacza. Teoretycznie pomocna mogłaby okazać się kampania informacyjna, ale zdaniem MSWiA liczy się odruch na drodze, a nie reklamowanie przepisów.
Związek Gmin Wiejskich uważa z kolei, że zielone światła ostrzegawcze mogą rodzić „agresję drogową w dobrej wierze”, czyli strażak-ochotnik może jechać bardziej ryzykownie, licząc, że więcej mu wolno, ale nie wie, jak zareagują inni uczestnicy ruchu. Argumentem podważającym sens Green Lights są też ewentualne problemy z orzekaniem winy, gdy dojdzie do wypadku z udziałem członka OSP. Każdy będzie mógł obrać inny punkt widzenia – ktoś powie, że chciał ułatwić przejazd, inny, że wcale nie musiał tego robić, a jeszcze inny stwierdzi, że nie wiedział, o co chodzi. To może prowadzić do prób uniknięcia odpowiedzialności i problemów z ubezpieczeniami OC i AC, bo w razie kolizji każdy może obrać najkorzystniejszą argumentację mijającą się z prawdą. Odmowy wypłaty odszkodowania, długie spory, przepychanki słowne i nerwy – nikt tego nie chce.
Zaraz znajdą się inni chętni
MSWiA nie przeszło też obojętnie, co do faktu, że projekt ustawy nie wskazywał jasno, kto jest beneficjentem tego rozwiązania, ponieważ mówi tylko o pojeździe przewożącym członka OSP. Może to rodzić pole do nadużyć, a brak procedury stwierdzającej legalność zielonego światła i jego homologację tylko utrudni sytuację.
Patrząc na ewentualne zielone światła dla członków OSP, należy brać pod uwagę to, że w przyszłości inne grupy, jak GOPR, TOPR, PSP, policja czy ratownictwo medyczne mogą chcieć ubiegać się o takie rozwiązanie. Zresztą, WOPR zgłosił już nawet chęć objęcia podobnym rozwiązaniem ratowników wodnych, więc coś, co miałoby być zarezerwowane dla strażaków-ochotników, może szybko zainteresować inne służby.
Na zielonym światle ucierpiałyby też budżety samorządów, które zamiast na montaż i demontaż Green Lights mogłyby przeznaczać pieniądze na sprzęt medyczny i ratowniczy. Oczywiście oznaczałoby to też konieczność przeznaczania dodatkowych środków przez policję i inne organy kontrolujące ruch, które musiałyby zajmować się weryfikacją uprawnień i legalnością takich urządzeń.
Morał z tego taki, że nawet jeśli liczy się każda minuta, w tym konkretnym przypadku istnieje zbyt wiele argumentów potwierdzających, że zielone światła dla strażaków OSP przyniosłyby więcej złego niż dobrego. Prywatne pojazdy wyposażone w Green Lights – często starsze i oznaczone w zupełnie inny sposób – obniżyłyby zaufanie do profesjonalnych służb ratowniczych. Właśnie dlatego wszystko wskazuje na to, że opinia MSWiA i Związku Gmin Wiejskich RP okaże się decydująca i projekt ustawy zostanie odrzucony.
Dowiedz się więcej o straży pożarnej:



















