Stracili na elektryfikacji 22 miliardy euro. Teraz Stellantis stawia na diesle
Po przeczytaniu tej wiadomości dwa razy upewniałem się, który mamy rok i czy aby na pewno nie odkryłem podróży w czasie. Jest bowiem rok 2026, powinniśmy mieć więcej sprzedawanych samochodów elektrycznych, a tymczasem Stellantis ogłasza nowiny rodem sprzed 20 lat. I wiecie co? Cholernie się z tego cieszę.

Jaka piękna katastrofa. Tak można podsumować wysiłki Stellantis w zakresie elektryfikacji gamy w 15 markach należących do koncernu. Miało być pięknie, samochody elektryczne miały już pomału zyskiwać na znaczeniu, ba przecież nowa Lancia Ypsilon powstała wyłącznie jako samochód na prąd. To bez znaczenia, że nic nie wskazywało na to, że klienci rzeczywiście będą kupować takie samochody, a nie pójdą do lepiej wycenionej konkurencji. Liczył się cel, a koncern, niczym statek, został skierowany na kurs ku elektryfikacji. Działo się to za poprzedniego kapitana - Carlosa Tavaresa, a teraz okazuje się, że nie poszło tak dobrze.

22 miliardy euro straty. Tyle Stellantis odpisał sobie z aktywów na początku roku, co okazało się początkiem dramatu. Akcje mocno spadły, inwestorzy się przestraszyli, a pełny wymiar kary poznamy 26 lutego, gdy Stellantis opublikuje wyniki finansowe. Jedno już wiemy teraz - nie będzie dywidendy za poprzedni rok, a rynek już wie, gdzie leżał problem. Stellantis otrzymał rachunek za inwestycję w samochody elektryczne. Wprost powiedział o tym obecny szef koncernu Antonio Filosa. Według niego inwestycja była nieprzemyślana, zbyt pochopna i musiało się to skończyć katastrofą.

Swoje dołożyły również zamieszania w USA w związku z polityką Donalda Trumpa oraz słabe opinie o silniku 1.2, który jest duchowym następcą PureTecha, ale już z poprawioną konstrukcją. W całym koncernie jest słabo z napędami, a unifikacja podzespołów, która miała poprawić wyniki, sprawiła, że klienci mają poważne problemy z wyborem auta. Inwestorzy domagają się działań, więc Stellantis sięga po sprawdzone rozwiązania.
Stellantis stawia na diesle. Smutne fiasko elektryfikacji
Według doniesień i informacji od samego producenta - nie dość, że silniki Diesla zostały w opcjach modelowych, to jeszcze Stellantis będzie je rozwijać i rozszerzać na kolejne modele. W niektórych europejskich krajach w cennikach pojawiły się dawno niewidziane wersje. Co ciekawe - wszystko odbywa się po cichu, bez światła reflektorów i bez pięknych informacji prasowych. To pójście pod prąd, bo udział samochodów z silnikami wysokoprężnymi w statystykach sprzedaży spada rok do roku i obecnie jest to około 8 proc. Jeszcze 10 lat temu diesle stanowiły 50 proc. sprzedaży. Upadek jest ogromny, a złożyły się na niego głównie przyczyny polityczne i skandal Dieselgate.

Dlaczego Stellantis idzie w diesla? Raz, że benzynowe jednostki koncernu nie mają dobrej opinii, a dwa - takiego napędu nie ma w pojazdach z Chin, z którymi coraz częściej konkuruje koncern. Diesel ma być alternatywą dla wszystkich, którzy chcą niskiego spalania, ale nie chcą ładować hybryd plug-in. Stellantis musi działać, bo to właśnie Chińczycy podgryzają jego sprzedaż, która w zeszłym roku spadła o 4 proc. Dodajmy do tego, że diesle są tańsze niż hybrydy, a przynajmniej powinny być i mamy pełny obraz nowej strategii.
Gdzie trafi diesel? Ople, Peugeoty i Citroeny mają być głównymi beneficjentami, a tam, gdzie silnik diesla był oferowany, tam zostaje na dłużej, jak np. w Alfie Romeo.
Stellantis idzie pod prąd
Diesel to tylko jeden z elementów - mamy przecież powrót silnika HEMI V8 do RAM-a 1500, zaniechanie produkcji elektrycznych pickupów i pozbycie się plug-inów z Jeepa. Stellantis wie, że w klasyce jest siła i trzeba walczyć. Pierwsze reakcje giełdowe są pozytywne, firma próbuje, ale czy to się uda? Porozmawiamy za rok, gdy poznamy wyniki sprzedażowe za 2026 rok.







































