Kiedyś świeciły pełnym blaskiem, dzisiaj straszą. O ile w ogóle jeszcze istnieją
Ostatnio pisałem o “świecących” znakach drogowych na Śląsku i Zagłębiu, które dzięki oklejeniu na całej wysokości folią odblaskową widoczne są z sąsiedniego województwa. Motyw świecących znaków ma już jednak przynajmniej pół wieku.

Znaki drogowe świecące własnym światłem znane są również i dzisiaj, nie są jednak zbyt powszechnie spotykane. Kiedyś natomiast, kiedy folia odblaskowa nie była jeszcze szeroko stosowana, widoczność tarczy znaku po zmroku bywała dyskusyjna. Rozwiązaniem był szczególny rodzaj znaków drogowych, z podświetlaną od wewnątrz półprzezroczystą tarczą. Były one popularne szczególnie w latach 70. i 80.
Poniżej, jako mistrz 2137. planu, podświetlane znaki drogowe widoczne w po lewej stronie archiwalnej fotografii warszawskiej Cepelii:
Podświetlane znaki zaczęły zyskiwać popularność w epoce Gierka
Trudno określić, kiedy pojawiły się pierwsze tego typu znaki - prawdopodobnie mógł być to przełom lat 60. i 70., czyli pierwsze lata Edwarda Gierka za kierownicą polskiej gospodarki. Epoka Gierka kojarzy się jednoznacznie z monumentalnymi inwestycjami drogowymi, takimi jak Trasa Łazienkowska w Warszawie czy, nomen omen, “Gierkówka” z Warszawy do Katowic, które musiały być odpowiednio udekorowane.
Niemniej, ich obecność nie ograniczała się wyłącznie do reprezentacyjnych arterii. Podświetlane znaki drogowe stały wszędzie i nie miało znaczenia, czy jest to główna ulica, czy też poboczna. Ani też, czy rzecz działa się w dużym mieście, czy też małym. Znaki tego rodzaju ustawiano również na terenach licznych zakładów, a więc i poza obszarem ruchu publicznego.

Podświetlany był każdy znak drogowy
Nie miało znaczenia, czy znaki oznaczały pierwszeństwo przejazdu, czy też coś znacznie mniej istotnego. Na starych fotografiach widać, że podświetlany mógł być dosłownie każdy znak drogowy: nakazu, zakazu, ostrzegawczy i informacyjny.
W dużych miastach często całe odcinki dróg potrafiły “świecić” znakami drogowymi. W mniejszych zazwyczaj ograniczano się do znaków pierwszeństwa przejazdu.
Poniżej, co prawda za dnia, przykład podświetlanych znaków znajdujących się w Warszawie:
Znaki były zasilane z tego samego źródła, co uliczne latarnie
Podświetlane znaki drogowe były podłączone do tego samego przedłużacza, co uliczne latarnie, dlatego też wszystko zapalało się i gasło jednocześnie. Za dnia znaki były zgaszone i wyglądały tak, jak wszystkie inne.
Technicznie, konstrukcja podświetlanego znaku była bardzo nieskomplikowana.
Wewnątrz plastikowej, półprzezroczystej obudowy umieszczone były z początku 15-watowe żarówki, później zastępowane 20-watowymi świetlówkami. Opcja ze świetlówkami świeciła nieco lepiej, z uwagi na korzystniejsze rozproszenie światła.
Świetlówki montowano inaczej w zależności od typu znaku. W przypadku trójkątnych znaków ostrzegawczych, ułożone były wzdłuż boków trójkąta. W przypadku informacyjnych, które były kwadratowe, świetlówki ustawiano na ukos. We wszelkich znakach o okrągłym kształcie z kolei zamontowane były poziomo. Wyjątkiem były znaki D-1 i D-2, wyznaczających początek i koniec drogi z pierwszeństwem, gdzie świetlówki ustawione były pionowo. Znak STOP niczym się nie wyróżniał, ponieważ do 1983 roku był okrągły, o czym pisałem pewnego razu TUTAJ.
Z zewnątrz znaki te wyróżniały się dość charakterystyczną obudową, która była była na jakieś kilkanaście centymetrów głęboka, aby pomieścić cały elektryczny osprzęt. Od frontu widoczne były też dosyć wyraźnie osłony śrub mocujących obudowę do korpusu. Same w sobie były też nieco jaśniejsze od klasycznych, blaszanych tarcz, z uwagi na wykonanie z tworzywa sztucznego.
Film poniżej prezentuje odnowiony podświetlany znak, który demonstruje przy okazji jest konstrukcję i zasadę działania:
Podświetlane znaki były kłopotliwe w utrzymaniu
Chciałoby się rzec, że nie wszystko złoto, co się świeci. Dopóki się świeci, to może i złoto, ale że z biegiem czasu często się nie świeciło, to sprawa niestety musiała się w końcu rypnąć.
W skrócie, utrzymywanie podświetlanych znaków w sprawności często przerastało służby miejskie, przez co wiele z nich po prostu nie świeciło w ciemności. Plaga “zepsutych” znaków drogowych przypadła zwłaszcza na lata 80.
Kolejna kwestia to niska odporność na akty wandalizmu. Plastikowa obudowa przegrywała pojedynki z lecącymi kamieniami czy pustymi butelkami po piwie, przez co znaki stawały się zupełnie nieczytelne. Dodatkowo zdarzało się, że plastik płowiał i po dłuższym czasie trudno było odróżnić nakaz skrętu w lewo od zakazu wjazdu.
Dla uzupełnienia, duża liczba takich znaków w dużym mieście generowała wysokie rachunki za prąd.
Film poniżej prezentuje podświetlany znak drogowy mniej więcej w kondycji, w jakiej niejednokrotnie straszył kierowców. Jego stan dobrze obrazuje problem odłażącej farby:
Znaki tego typu zostały wyparte przez folię odblaskową
Rozpowszechnienie się znaków drogowych wykończonych folią odblaskową spowodowało, że podświetlane tarcze stały się całkowicie zbędne. Poza ich niewątpliwie przyjemnym klimatem, w zestawieniu z nową generacją oznakowania miały praktycznie same wady.
Odblaskowe znaki okazały się tańsze w produkcji, a zarazem całkowicie bezobsługowe. Aktualna generacja folii odblaskowej w postaci charakterystycznego plastra miodu odbija światło na tyle skutecznie, że tak wykończony znak drogowy widoczny jest z sąsiedniej gminy.
Stare znaki kryją się jeszcze gdzieniegdzie pochowane po krzakach
Niestety, czas świetności podświetlanych znaków drogowych już przeminął. Jeszcze 15-20 lat temu można było ich spotkać całkiem dużo, dzisiaj są już na wymarciu. Ponadto, nie licząc prywatnych zbiorów, wszystkie stanowią już wyłącznie pozbawiony zasilania martwy pomnik historii drogownictwa.



















