Miłośnicy zabytkowych Mercedesów mnie znienawidzą. Oryginalność to przecież świętość
Posiadanie zabytkowego auta wymaga podejmowania trudnych decyzji - dążyć do oryginału za wszelką cenę czy pozwolić sobie na drobne odstępstwa względem fabryki? U mnie wygrała ta druga opcja.

Właściciele samochodów zabytkowych dzielą się przeważnie na dwie grupy. Jednym zależy, aby ich auto wyglądało tak, jakby dopiero co wyjechało z fabryki (albo i jeszcze lepiej). Zdarza się, że na detailing poświęcają więcej czasu niż na samą jazdę, aż w końcu dochodzą do etapu, w którym szkoda im wyjechać swoim klasykiem z garażu, bo zaraz znów będą musieli go czyścić.
Drudzy ponad oryginalność i błyszczący lakier cenią to, żeby ich zabytek był po prostu sprawny i służył temu, do czego pierwotnie go stworzono, czyli przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Nieważne więc, że błotnik w ich samochodzie ma inny odcień niż reszta nadwozia albo brakuje jakiejś listewki na drzwiach – liczy się przede wszystkim to, że z auta nic nie cieknie i nawet kilkusetkilometrowa trasa nie stanowi dla niego wyzwania.
Zaliczam się raczej do tej drugiej grupy
Gdy jesienią zeszłego roku kupowałem Mercedesa W115 z 1974 roku, od razu wiedziałem, że nie będę fundował mu generalnego remontu i zajmował się przywracaniem każdej śrubki do fabrycznego stanu. Szkoda życia na takie pierdoły, bo zamiast po prostu nacieszyć się tym wozem, spędzę całe lata i właduję furmankę pieniędzy na doprowadzenie go do ideału.
- Czytaj więcej: Szukałem powodu, by kupić samochód. Znalazłem go pod fotelem
Uznałem więc, że skupię się jedynie na mechanice, żeby dało się tym wozem bez obaw i wyrzeczeń dojechać na drugi koniec Polski, a może nawet i wrócić. Różne wizualne niedociągnięcia czy inne drobne braki lub odstępstwa od oryginału natomiast absolutnie mi nie przeszkadzają i traktuję je jako cechę, a nie wadę. Ot, świadectwo burzliwych losów auta na przestrzeni ponad pół wieku.

Jednym z takich nieoryginalnych drobiazgów we wnętrzu była mosiężna gałeczka do zwalniania hamulca postojowego. Celowo nie napisałem „ręcznego”, bo jak w każdym szanującym się Mercedesie, aby zaciągnąć hamulec, trzeba wcisnąć dodatkowy, czwarty pedał, umieszczony przy samym słupku A. Co więcej, jest nawet piąty, do włączania spryskiwacza, ale nie o tym dzisiaj miałem pisać.
Dlatego wróćmy do wspomnianej gałki. Jest dosyć mała i przez to niezbyt poręczna, ale okej – oryginalną ktoś kiedyś zgubił, założył taką, jaką akurat miał pod ręką, dopóki spełnia swoją funkcję, niech będzie. No właśnie, dopóki.
Podczas pierwszej w tym roku wiosennej przejażdżki, gdy chciałem zwolnić hamulec, mosiężna gałka została mi w dłoni, a cięgno, na którą powinna być nakręcona, wpadło do środka deski rozdzielczej. Na szczęście to stary Mercedes, więc wystarczyło odkręcić jedną osłonę pod kierownicą i chwilę później hamulec był już odblokowany. Przy okazji odkryłem, w czym problem – dobrana przez kogoś gałeczka okazała się mieć mniejszy gwint niż cięgno i była po prostu założona na wcisk.

Na szybko znalazłem nakrętkę z podkładką w prawidłowym rozmiarze i ją nakręciłem, tak aby dało się normalnie korzystać z hamulca postojowego, ale nawet dla mnie było to jedynie tymczasowe rozwiązanie. Przystąpiłem zatem do poszukiwania właściwego elementu w Internecie.
Z racji, że – pozwólcie, że znów użyję tego określenia – to stary Mercedes, potrzebną część bez trudu można znaleźć w ogłoszeniach. Z tego samego jednak powodu nie jest ona tania – razem z wysyłką za ten niewielki kawałek plastiku trzeba zapłacić około 300 zł, niezależnie, czy mówimy o nowym, czy używanym.
W tym momencie, jak ten handlarz z memów, stwierdziłem, że „nie no, tyle to nie” i poszedłem jeszcze raz przeszukać samochód z nadzieją, że powtórzy się historia z popielniczką i znajdę fabryczną gałkę gdzieś pod wykładziną. Niestety, tym razem się nie udało.

Dlatego zdecydowałem się na kompromis – znalazłem w popularnym serwisie ogłoszeniowym uniwersalną gałkę z właściwym gwintem, pasującą z grubsza z wyglądu do deski rozdzielczej w moim Mercedesie i kosztującą (wliczając w to transport) kilkanaście zł. Może i nie przypomina za bardzo fabrycznej, ale przynajmniej działa tak, jak powinna. I to mi wystarczy.

- Przeczytaj również: Przez dwa miesiące nie miałem OC. Ale nie zapłacę 9610 zł



















