Do zakupu ponad 50-letniego Mercedesa ostatecznie przekonał mnie dopiero jeden detal. Moi znajomi pukali się w czoło.

Jesienią zeszłego roku udało mi się dość przypadkowo spełnić jedno z motoryzacyjnych marzeń. Przypadek polegał na tym, że w zasadzie sam nie wiedziałem, że szukam takiego auta i w sumie to bardziej ono znalazło mnie.
Kupiłem Mercedesa 220D z 1974 roku
Samochód ten może pochwalić się wyjątkową historią. Od nowości, czyli przez ponad pół wieku, znajdował się w rękach jednego człowieka i przez ten czas zwiedził spory kawałek świata. Wystarczy wspomnieć, że przez pierwszy rok jeździł po... Iraku, ponieważ jego właściciel akurat wtedy przebywał w tym kraju na tzw. kontrakcie.
Gdy pierwszy raz usłyszałem tę opowieść, wiedziałem już, że muszę mieć ten wóz, ale zdrowy rozsądek nie dawał jeszcze za wygraną. W końcu nie chodziło o grata za „pińcet”, tylko o klasycznego Mercedesa wartego kilka minimalnych pensji. Przystąpiłem więc do dokładnych oględzin auta.
Niestety (a może właśnie stety) nie miałem za bardzo do czego się przyczepić. Pomimo dłuższego postoju samochód był w świetnej kondycji mechanicznej, a stan blacharsko-lakierniczy również nie wzbudził zastrzeżeń. Podłoga okazała się jak dzwon, a galanteria kompletna, choć nadgryziona zębem czasu. Z jednym drobnym wyjątkiem...

We wnętrzu brakowało popielniczki
Od razu zaznaczę, że w życiu nie wypaliłem nawet jednego papierosa, więc w tym przypadku nie chodziło wcale o względy praktyczne, a estetyczne. Po prostu przez brak popielniczki na środku kokpitu zionęła ogromna dziura.
Wiem, brzmi to absurdalnie, ale naprawdę byłem gotów zrezygnować z transakcji z powodu takiej błahostki. Na szybko sprawdziłem w Internecie, że owszem, popielniczkę do tego modelu da się nawet zaskakująco tanio kupić, ale na rynku są tylko czarne, a tutaj deska rozdzielcza jest niebieska. Moje OCD by tego nie zniosło.
Jako że nadzieja umiera ostatnia, postanowiłem dokładniej przeszukać wóz. Wśród szpargałów walających się w bagażniku nie było jednak upragnionej popielniczki. Zajrzałem pod fotel kierowcy – pusto. Wsadziłem rękę pod fotel pasażera – bingo!

To było jak odnalezienie brakującego kawałka układanki, dzięki któremu wszystko zaczyna do siebie pasować. Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko wrócić do mieszkania sprzedających i spisać umowę. Nie powiem, żebym był z tego powodu jakoś bardzo smutny.







































