Pomimo kilku modernizacji, trudno nie zauważyć, że Suzuki Vitara jest na rynku od ponad dekady. Pod wieloma względami to mocno niedzisiejszy samochód. Ale czy to na pewno coś złego?

Na wstępie zaznaczę, że lubię Vitarę i mam do niej spory sentyment – ten nieduży, japoński SUV był jedną z moich pierwszych testówek w dziennikarskiej karierze. Teraz, niemal dokładnie pięć lat później, na moim miejscu parkingowym znów na kilka dni zagościł ten model, a wspomnienia odżyły.
Sentyment nie powinien jednak wpływać na ocenę
A fakty są takie, że Suzuki Vitara aktualnej generacji miało swoją europejską premierę podczas targów w Paryżu jesienią 2014 roku. Dość powiedzieć, że wówczas funkcję premiera w naszym kraju dopiero od niedawna pełniła Ewa Kopacz, a wkrótce na sklepowych półkach pojawił się iPhone 6. Trochę prehistoria, co?

Japończycy znani są z tego, że lubią trzymać się sprawdzonych, tradycyjnych rozwiązań, więc nawet w momencie debiutu Vitara nie była wzorem nowoczesności, a co dopiero obecnie. Po zajęciu miejsca za kierownicą Suzuki poczułem się trochę jak w Polonezie.
Miałem bowiem kiedyś Caro z 1997 roku (błędy młodości), więc był to egzemplarz z samej końcówki produkcji tej wersji. Podobało mi się jednak w nim to, że mimo stosunkowo świeżego rocznika (gdy nim jeździłem, wóz był jeszcze w wieku nastoletnim), wyraźnie odstawał od sobie współczesnych modeli i sprawiał wrażenie starszego o co najmniej dekadę, niż był w rzeczywistości.
Zbliżone odczucia budzi we mnie Vitara, ale podkreślam, że według moich kryteriów to nie tyle wada, co raczej jej cecha charakteru. Poziom anachronizmów w tym aucie sprawił jednak, że uznałem to za ten słynny „temat na osobny wpis”.
Guziki są wszędzie
Jednym z chętnie podkreślanych przez Suzuki atutów Vitary jest bogata specyfikacja seryjna, obejmujące m.in. system kluczyka elektronicznego. Zwracam uwagę na ten konkretny element wyposażenia, ponieważ został on oczywiście rozwiązany inaczej, bardziej analogowo. Zwykle, aby odblokować drzwi w autach z dostępem bezkluczykowym, należy złapać za klamkę, a czasami wystarczy samo podejście do samochodu (np. w Renault i Dacii). W Vitarze natomiast trzeba w tym celu wcisnąć gumowy grzybek.

Jeszcze więcej przycisków czeka w kabinie Suzuki. Tradycyjny panel klimatyzacji z guzikami i pokrętłami? Proszę bardzo. Fizyczny przycisk do wyłączenia start-stop czy asystenta pasa ruchu? Ależ owszem. Do tego między fotelami znajdziemy klasyczną dźwignię hamulca ręcznego.







Nie tak dawno Vitara zyskała aktualizację multimediów i teraz może poszczycić się 9-calowym ekranem dotykowym oraz bezprzewodową obsługą Android Auto i Apple CarPlay. Wciąż widać natomiast, że ten samochód zaprojektowano w czasach, gdy telefony wyglądały i działały trochę inaczej niż obecnie.

Najbardziej doskwiera brak miejsca, żeby odłożyć smartfon – wnęka przed dźwignią zmiany biegów jest trochę za mała (nawet, gdy telefon położymy wzdłuż, a nie w poprzek), a o indukcyjnej ładowarce nikt nie słyszał. Jest tylko jeden port USB starego typu, a także gniazdo 12V.

Pod względem anachroniczności nic nie przebije jednak obsługi komputera pokładowego. Nie robi się tego bowiem za pomocą manetki czy przycisków na kierownicy jak w innych autach, lecz przy użyciu dwóch patyków. Długa dźwigienka wystająca z prawej strony zestawu wskaźników służy zmianie ustawień komputera, a ta z lewej do zerowania licznika. Genialne.

Statystyki sprzedaży pokazują jednak, że dla klientów lekka przestarzałość Vitary stanowi bardziej zaletę niż wadę – w 2025 roku był to najpopularniejszy model Suzuki w naszym kraju (ponad 4 tysiące sprzedanych egzemplarzy). Wynika z tego, że wciąż nie brakuje osób zainteresowanych stosunkowo prostymi samochodami, w których środkowy wyświetlacz jest tylko dodatkiem, a nie centrum wszechświata.



















