Nowy SUV za 140 tys. zł. Wybieramy opcję ucieczkową
Nie chodzi przy tym o to, żeby nasz nowy SUV był narzędziem do weekendowej ucieczki z miasta - to to w reklamach. Chodzi o to, żeby nie był... chiński.

Jeśli ktoś w ostatnim czasie szukał dla siebie nowego SUV-a, w tym w przedziale 140-160 tys., to istnieje spora szansa, że po wpisaniu odpowiednich filtrów nagle więcej niż połowa ofert dotyczyła aut chińskiej produkcji. Nie inaczej było w tym przypadku, gdzie kupujący - dysponujący właśnie takim budżetem - zaczął poszukiwania i w zasadzie skończył je na hybrydowym MG HS.
W naszej redakcji od razu oczywiście pojawiło się hasło "hej, ale za to można kupić coś nie-chińskiego!". Więc ruszyliśmy do roboty.
Dlaczego w ogóle MG HS może kusić?

Bo a) to SUV, b) to kawał wozu i c) za 140 900 zł w obecnej ofercie dostajemy najwyższą wersję wyposażenia, dopasioną pod korek. A, no i d) to hybryda.
Żeby być trochę bardziej precyzyjnym - MG HS ma 4,67 m długości, 2,77 m między osiami, a w bagażniku zmieści od 507 do 1484 l. Wersja Exclusive ma natomiast w standardzie m.in. automatyczne, LEd-owe reflektory, pełny pakiet systemów wspomagających jazdę, dwustrefową klimatyzację, elektrycznie sterowaną klapę bagażnika, tyle ekranów, ile wam się podoba, 8 głośników, CarPlaya, Android Auto, bezprzewodową ładowarkę, sterowanie z telefonu, bezkluczykowy dostęp i uruchamianie, tylne i przednie czujniki parkowania, kamerę cofania i system kamer 360 stopni, elektrycznie regulowany fotel kierowcy i pasażera, podgrzewanie przednich siedzeń i 19-calowe felgi.
No i do tego "pełna" hybryda o systemowej mocy 224 KM, co przekłada się na sprint do setki w nawet rozsądne 7,9 s.
No dobra, to co jest w stanie odpowiedzieć na to nie-chińska motoryzacja, skoro tak się oburzyliśmy?
Mazda CX-5

139 900 zł - tyle kosztuje katalogowo najtańsza odmiana nowego SUV-a Mazdy i trzeba przyznać, że jest to cena rewelacyjnie kusząca. Auto wygląda świetnie, robi dobre pierwsze wrażenie, a do tego marka jest w naszych warunkach zdecydowanie bardziej sprawdzona.
CX-5 na szczęście nie kończy na tym swojej listy plusów. Silnik ma 2,5 l pojemności skokowej, więc zaskakująco dużo. Skrzynia już w standardzie jest automatyczna, a i rozmiaru nie trzeba się wstydzić (4,69 m), podobnie jak przepastnego bagażnika (od 583 do 2019 l).
Gdzie haczyk? Między innymi w mocy. Mazda CX-5 ma zaledwie 141 KM i do setki rozpędza się w ponad 10 sekund. Do tego - co raczej nie powinno dziwić - lista wyposażenia jest zdecydowanie bardziej wybrakowana. Felgi? 17 cali. Fotel kierowcy? Regulowany manualnie. Podgrzewanie foteli? Tylko własnym ciałem. Ba, na liście zabrakło nawet podgrzewanych lusterek zewnętrznych (!), o bezdotykowej obsłudze klapy bagażnika nie wspominając.
Z drugiej strony - trudno jakoś z przekonaniem napisać, że CX-5 jest w standardowej wersji słabo wyposażona. Większość niezbędnych bonusów jest, po prostu Chińczycy przyzwyczajają nas powoli do tego, że można mieć... po prostu wszystko.
Oczywiście w Maździe można zdecydować się na wyższe wersje wyposażenia. Centre-Line nadrabia większość braków, ale niestety kosztuje już 156 300 zł. Dalej mieści się w budżecie, ale już nie tak elegancko.
Bonusowy plus dla Mazdy - wersja z AWD, choć niestety wtedy już nawet 160 tys. zł przekraczamy.
Ford Kuga

Mnogość wersji silnikowych i wyposażenia, niestety z jednym haczykiem. Najtańszy wariant, wyceniony na 140 280 zł (w ramach promocji) ma manualną przekładnię. Jeśli chcemy automat, musimy wydać minimum 147 280 zł, a jeśli pełnoprawną hybrydę - 154 100 zł.
W pojedynku rozmiarowym Kuga odrobinę przegrywa z wcześniejszymi zawodnikami. Długość auta delikatnie tylko przekracza 4,6 m, a rozstaw osi to 2,71 m. Prawdopodobnie podczas codziennego użytkowania wielkiej różnicy nie zauważymy, ale to zawsze coś.
Wyposażeniowo Kuga jest natomiast zaskakująco zbliżona do CX-5. Są 17-calowe felgi, tempomat, czujniki parkowania z przodu i z tyłu, kamera cofania i dwustrefowa klimatyzacja. Znajdziemy tu też bezprzewodową ładowarkę do smartfona, w pełni LED-owe reflektory i nawet przyciemniane szyby z tyłu.
Trochę bardziej skomplikowana sytuacja robi się przy wyborze odpowiedniej wersji wyposażenia, pasującej do naszego budżetu. Teoretycznie można dopłacić (ok. 9000 zł) do ST-Line, ale w wiekszości jest to tylko wersja estetyczna, a nie faktycznie wyposażeniowa. Co innego ST- Line X, gdzie dostajemy m.in. kamery 360 stopni, lusterka boczne z pamięcią, elektrycznie sterowany fotel kierowcy (również z pamięcią) i parę innych gadżetów. Niestety, żeby zmieścić się w katalogowych 160 tys. zł, musielibyśmy łączyć ST-Line X z... manualem. A tego byśmy nie chcieli.
Jedynym argumentem za takim rozwiązaniem jest... przyspieszenie do setki. Wersja z manualną przekładnią osiągnie taką prędkość po 9,5 s, natomiast wersja z automatem - mimo że wyraźnie mocniejsza - potrzebuje na to 0,4 s więcej. Zdecydowanie lepsze osiągi ma wersja hybrydowa (8,3 s), która do tego dorzuca silnik o sporej pojemności skokowej. I zmieści się w zakładanym budżecie, a jeśli dopłacimy kilka tysięcy - możemy wybrać hybrydę z AWD albo FWD, ale z lepszym wyposażeniem.
Renault Austral

Idealna cena na start - 140 800 zł, czyli zaczyna się tam, gdzie nasz budżet. Aczkolwiek mowa o wersji wprawdzie z automatyczną przekładnią, ale mocą 150 KM i hybrydą tylko-mild. Żeby mieć pełną hybrydę i 200 KM, trzeba wyłożyć na stół minimum 153 800 zł. Dalej mieścimy się w budżecie.
Austral ma niestety jeden problem w tym całym zestawieniu. Jest po prostu o rozmiar mniejszy. Długość to "zaledwie" 4,53 m, a między osiami zmieści się 2,67 m. Szczęśliwie bagażnik jest całkiem sensowny - 555 litrów w wersji standardowej i do 1761 l ze złożoną kanapą. Jeśli zdecydujemy się na hybrydę, wyniki będą odrobinę gorsze - odpowiednio 527 i 1736 l.
Pod względem wyposażenia Austral wypada całkiem dobrze, choć oczywiście nie w wydaniu "mam wszystko". Są tu 18-calowe felgi, 6 głośników, podgrzewane fotele przednie, dwustrefowa klimatyzacja, automatyczne światła drogowe i mijania (wszystko LED), kilka systemów bezpieczeństwa, czujniki parkowania z przodu i z tyłu, kamera cofania, adaptacyjny tempomat i elektrycznie sterowane oraz składane lusterka boczne.
Jeśli odrobinę przekroczymy budżet, możemy sięgnąć po wyższą wersję wyposażenia - techno. Dostaniemy wtedy przyciemniane szyby, 19-calowe felgi, relingi dachowe, 12-calowy ekran, podgrzewaną przednią szybę i kierownicę, wewnętrzne lusterko elektrochromatyczne oraz kamerę cofania. Tyle tylko, że - dla odmiany hybrydowej - kończymy 20 tys. zł powyżej MG.
W kwestii osiągów - katalog Renault potwierdza, że są. O ile można tak nazwać 9,9 s do setki w przypadku wersji mild hybrid. 8,4 s dla pełnej hybrydy można natomiast uznać za przyjemne.
Hyundai Tucson

Kolejny z "mniejszych" (4,5 m, 2,68 m między osiami) graczy, aczkolwiek z kategorii "pewniak", wliczając w to też odsprzedaż.
Wersję nie-hybrydową można kupić już za 122 900 zł, ale z benzyniaków najbardziej interesuje nas najtańsza odmiana z automatem. Czyli 1.6 T-GDI 150 KM z 7DCT, wyceniona promocyjnie na 140 900 zł.
Na plus - jeśli ktoś chce AWD, to może je mieć i to z mocniejszą wersją tego samego silnika (180 KM), aczkolwiek wchodzimy tutaj już w nieprzyjemne dla nas rejony cenowe (171 900 zł).
Z dobrych informacji - poza hybrydą i benzyniakiem jest m.in. diesel, plug-in i pełnoprawna hybryda. Ta, coc ciekawe, również mieści się w naszym budżecie, bo za podstawową odmianę trzeba zapłacić 143 900 zł, a za 10 tys. zł uciekamy od najtańszej wersji wyposażenia.
Co jest ciekawego w 1.6 T-GDI HEV poza obiecywanym spalaniem? Głównie moc. Systemowo mamy tu 239 KM, co przekłada się na setkę w 7,8 s (8 s dla AWD). Więc za 153 900 zł (HEV, wersja Smart) mamy i całkiem mocnego, i całkiem nieźle wyposażonego SUV-a.
Na jakie wyposażenie można liczyć w tej wersji? Między innymi LED-owe reflektory, felgi 18", fotele przednie z regulowanym podparciem lędźwiowym, bezprzewodową ładowarkę, monitorowanie martwego pola, elektrochromatyczne lusterko wsteczne, relingi dachowe, dwustrefową klimatyzację, kamerę cofania, podgrzewane przednie fotele, pakiet systemów bezpieczeństwa oraz tylne i przednie czujniki parkowania.
Mało tego, sporo z tych rzeczy jest dostępnych nawet w najtańszej wersji wyposażenia, więc niekoniecznie trzeba się od razu finansowo wypruwać.
- Czytaj również: SUV Hyundaia potaniał do 114 900 zł. Podziękujcie Chińczykom
Jeep Compass

Trochę bardziej egzotycznie, ale może dla niektórych będzie to plus. I będą w stanie przymknąć oko na to, że Jeep jest mniejszy (4,55 m), a bazowa hybryda korzysta z silnika 1.2 o mocy 145 KM. Jeśli tak, to sprzedający zapraszają, kusząc katalogową ceną na poziomie 151 tys. zł, czyli w obrębie naszego budżetu. Ba, za 161 tys. zł możemy dostać w pełni doposażoną odmianę First Edition, ale czy ja wiem, czy 160 tys. zł za auto z 1.2 to taki wspaniały biznes.
Z drugiej strony, na liście wyposażenia jest kilka dodatków, które naprawdę mogą kusić, w tym w szczególności matrycowe reflektory LED, chociaż podgrzewana kierownica, fotele, przyciemniane szyby, kamera cofania, elektrycznie sterowana klapa bagażnika czy bezprzewodowa ładowarka to też przyjemne opcje.
Co ciekawe, nawet w najtańszej wersji Compass nie jest wcale źle wyposażony. W standardzie są m.in. 18-calowe felgi, elektrycznie składane i podgrzewane lusterka zewnętrzne, fotele przednie z regulacją podparcia lędźwiowego, dwustrefowa klimatyzacja czy adaptacyjny tempomat.
Bardzo dyskusyjne są też osiągi 1.2 w takim aucie. Pierwszą setkę zobaczymy na liczniku po aż 10 sekund. Hybryda z wtyczką (i silnikiem benzynowym 1.6) zrobi to samo w 8 sekund, ale kosztuje już trochę abstrakcyjne 182 tys. zł.
O wariancie elektrycznym za 206 200 zł może w ogóle nie rozmawiajmy...



















