Ferrari Luce może wyglądać jak owoc zakazanej miłości między tabletem a mydłem, a i tak jest to bez znaczenia. Ten model to doskonały ruch.

Nie wiem, czy opadły już emocje po zaprezentowaniu Ferrari Luce, ale zaryzykuję i spróbuję wyjaśnić, co tu się wydarzyło. Generalnie to wszystko jest w porządku i można się rozejść, możecie dalej nie kupować Ferrari, a marka powinna się cieszyć, że ciągle wzbudza takie emocje. W tym modelu w ogóle nie chodzi o design. Włosi mogliby wybrać z półki z kontrowersyjnymi projektami coś zupełnie innego i skutek byłby ten sam. Marce to się opłaci.

Owoc zakazanej miłości
Memy z Ferrari Luce zdają się nie kończyć, głosy oburzenia też. Gdyby ktoś ciągle nie wiedział, o co chodzi, to przypomnę - Ferrari wypuściło model elektryczny. Każdy elektryczny model Ferrari spotkałby się ze ścianą nienawiści, tak z założenia. Głównie od ludzi, którzy nigdy nie stali obok Ferrari.
Dodatkowo auto zaprojektował gość od telefonów, Jony Ive (dorosły chłop, a nie umie przyznać, że nazywa się Jonathan), co otworzyło nowe pole do popisu dla hejterów. Porównują Luce do owocu miłości tabletu i w sumie już nie pamiętam czego, ale trochę brutalniej to nazywają. Jednym słowem, wszyscy są oburzeni wyglądem Ferrari Luce. No prawie wszyscy.
Zanim rozbierzemy tę decyzję na kawałki, pogratulujmy marce doskonałego ruchu. Samochód będzie się sprzedawał, a zyskaną popularność pewnie nawet da się wycenić i to na duże kwoty.

Na ołtarzu spalinowych aut
Samochody Ferrari emitują dużo dwutlenku węgla, bo zużywają dużo paliwa, a zużywają dużo paliwa, bo mają zużywać - po to istnieją. Problem jest taki, że ich też obowiązują normy emisji dwutlenku węgla, za przekroczenie których płaci się kary. Ze względu na niewielką liczbę sprzedawanych sztuk te reguły są inne niż dla większości producentów, ale nie znaczy to, że problem marki nie dotyczy. Wprawdzie mają tak wysokie ceny, że kary za przekraczanie emisji można by w nich ukryć, ale po co płacić kary, jak można nie płacić.
Dlatego opłaca się mieć elektryczny samochód. Sprzedawanie elektrycznych aut obniża średnią emisję dwutlenku węgla. Ferrari Luce powstało po to, żeby dalej sprzedawać z zyskiem spalinowe samochody. Taka ofiara na ołtarzu spalinowej motoryzacji. Dziękować im powinniście za to Luce. Ono jest po to, żeby wszystko było po staremu jak najdłużej. I jedną rzecz na pewno trzeba tu docenić.

Nie ma potworka
Dla wielu Luce to potworek, ale prawdziwy bluźnierca nie powstał. Ferrari musiało zrobić elektryczny samochód, bo to się opłaca. Naturalnym byłoby zrobienie niezwykle sportowego, elektrycznego auta, takiego najwspanialszego na tej planecie, a może i poza nią. I doceńmy, choć to nie do końca zasługa Ferrari, że tak się nie stało.
To byłby prawdziwy ryk, gdyby Ferrari Luce miało być autem elektrycznym z pogranicza ludzkich możliwości i technologii z kosmosu, murowanym kandydatem do bicia wszelkich rekordów, szczególnie tych spalinowych, takim pogromcą torów.
Problem jest taki, że trudno jest zrobić teraz wybijające się ponad przeciętność auto elektryczne. Wszystko już jest dostępne, olbrzymie moce, niewiarygodne przyspieszenia, nie sposób tu zabłysnąć. Dlatego dostaliśmy coś w stylu auta rodzinnego od Ferrari, które na odczepnego dostało też sporo mocy. Cała reszta parametrów związanych z elektrycznym napędem nie jest niczym niespotykanym w przyrodzie, ta moc zresztą też.
Never thought I'd say this about a Ferrari, but this is one of the ugliest EV designs ever, and it can be all yours for $640,000 lol https://t.co/uaxkG0ynH7 pic.twitter.com/7SlFoCq624
— Sawyer Merritt (@SawyerMerritt) May 25, 2026
Taki wariant auta jest znacznie bardziej do przyjęcia niż boksowanie się przeciwnikiem, z którym nie da się wygrać. Da się mieć lepsze auto elektryczne od Luce i to dużo taniej. Ale nie da się mieć dziwacznego, pseudorodzinnego Ferrari. To jest niezwykle sprytna ucieczka od oczekiwań, że ich elektryczne auto musiałoby być spektakularnie szybkie, mocne albo świetnie się prowadzić. Przed Luce nikt przesadnie wysokich wyzwań nie stawia.
A może Luce do tego?
Padają głosy, że Ferrari za pomocą Luce poszerzyło swą grupę klientów. Mam wątpliwości, czy potrzebowało poszerzać i czy faktycznie tak się stało. Dlaczego nabywca spalinowego Ferrari nie miałby kupić również Luce, jako siedemnastego auta w gospodarstwie domowym? Gosposia chętnie skorzysta w drodze po zakupy.
Auto ma odmienny design od pozostałych produktów Ferrari i to jest jedna z jego zalet. Drugą powinien być komfort użytkowania. Ferrari, do którego łatwo jest wsiadać, niespodziewanie może być autem, którego potrzebuje część klientów marki. Model Purosangue, niezwykle popularny, również nie prezentuje się jak typowe Ferrari, które w głowie ma większość osób protestujących przeciwko Luce. Nie wsiada się do niego z poziomu piwnicy i to też powinno być dla nich oburzające.
To nie jest jedyne auto Ferrari
Na razie wartość akcji producenta spadła, ale to się zmieni. Krytykujący wypuszczenie modelu Luce w takiej postaci widocznie nie zauważyli, że to nie jest jedyne auto Ferrari i nikt nie zakazał produkowania oraz sprzedawania pozostałych. Na Luce też znajdą się nabywcy.
Jaguar trochę przeszarżował ze swoim modelem Type 01, ale tam doszło do innej sytuacji. Postawili na ogromny rozgłos i go uzyskali, tylko zapomnieli produkować samochody. Ich kontrowersyjny twór na razie jest ich jedynym samochodem. Ferrari zrobiło zupełnie odwrotnie, zyskało rozgłos i ciągle ma to, na czym zależy dotychczasowym klientom.
Gdyby zrobili elektryczną wersję Purosangue nie byłoby takiego rozgłosu i prawie darmowej reklamy. A tak mają:
- elektryczne auto, a to się opłaca,
- auto dla nowego typu klienta,
- nieprzemijającą sławę.
Wygląd Ferrari Luce jest mi zupełnie obojętny. Powiedziałbym nawet, że z zewnątrz wygląda lepiej niż wewnątrz - wystarczy spojrzeć na inne zdjęcia wnętrza niż te z pressroomu. Doceńmy więc ten genialny ruch, jakim jest ten model.



















