Yugo wraca. Ta „poważna” propozycja ma kosztować 50 tys. zł
Legendarna marka z byłej Jugosławii wraca – na papierze i w makiecie, z ambitnymi planami na przyszłość. Nowe Yugo ma być hybrydą za 12 000 euro, z deklarowanym spalaniem na poziomie skutera.

Każda epoka potrzebuje swoich kandydatów do tytułu najgorszego samochodu wszechczasów. Yugo przez lata dzierżyło to miano z niezachwianym samozaparciem – jugosłowiański hatchback lądował na motoryzacyjnych listach wstydu po obu stronach Atlantyku. Kiedy w 2008 roku producent, Zastava Automobiles, zamknął podwoje, rynek odetchnął z ulgą. Jak się jednak okazuje, wspomnień nie wymazuje się tak łatwo.
W 2025 roku prawa do nazwy Yugo nabył Aleksandar Bjelić – serbski przedsiębiorca działający od lat w Niemczech, kolekcjoner klasycznych samochodów i wieloletni dostawca komponentów motoryzacyjnych. Kwota transakcji nie została ujawniona, ale taki prestiż i dziedzictwo marki musiały swoje kosztować. Może nawet ze dwa banknoty...
Zlecenie na przygotowanie nowego wcielenia kultowego hatchbacka dostał serbski projektant Darko Marčeta. Efekt, pokazany w formie makiety na Car Design Event w Monachium, wypadł zaskakująco dobrze – trzydrzwiowe nadwozie o retro-futurystycznej, zwartej sylwetce naprawdę robi przyzwoite wrażenie. Pisaliśmy o tym projekcie już po publikacji pierwszych renderów – teraz do historii doszło kilka ważnych nowych rozdziałów.
Hybryda z generatorem, nie z wtyczką
Bjelić ujawnił szczegóły techniczne podczas konferencji SEE Automotive w Belgradzie, skąd podchwyciły je media z Niemiec i Austrii. Napęd nowego Yugo ma działać w układzie EREV (extended-range electric vehicle), czyli elektrycznym z wbudowanym generatorem spalinowym. Silnik spalinowy nie napędza w nim auta – jego jedynym zadaniem jest ładowanie akumulatorów. Kołami obraca prąd, nie benzyna.

Bjelić dodał, że jednostka spalinowa ma być przystosowana do „różnych typów paliwa” – co mogłoby sugerować LPG lub bioetanol, ale na razie to tylko domysły. Deklarowane spalanie to 2,2 l/100 km – tak niskie, że Yugo zjadałoby paliwo wolniej niż niejeden skuter. Cena docelowa wynosi 12 000 euro, co przy dzisiejszym kursie NBP przekłada się na ok. 50 800 zł. Dla porównania: najtańsza nowa Dacia Sandero kosztuje w Polsce od 63 900 zł, a Stellantis zapowiada dwie odsłony „europejskiego elektryka dla ludu” – francuską i włoską – ale już na etapie zapowiedzi o 3 tys. euro droższego od Yugo. Pytanie tylko, na ile taka cena jest realna.
Termin jest, fabryki nie ma
Działający prototyp ma zadebiutować podczas Expo 2027 w Belgradzie – pierwszej imprezy tej rangi organizowanej w krajach dawnej Jugosławii, zaplanowanej na 15 maja-15 sierpnia 2027 roku. Symbolika miejsca nie wymaga komentarza.
Problem polega na tym, że Bjelić nie potwierdził ani lokalizacji fabryki, ani partnera produkcyjnego. Sam przyznał wcześniej, że przez całą karierę zajmował się dostawami komponentów, nie produkcją pojazdów. To budzi poważne wątpliwości co do tego, czy jakiekolwiek Yugo zjedzie z linii montażowej do 2027 roku. Zresztą tak samo jak co do ceny, bo trudno przywiązywać się do rzuconej kwoty, skoro jeszcze nikt nie potwierdził, że za tyle zmontuje ten cud techniki. Na razie istnieją prawa do znaku towarowego, kilka renderów, makieta z Monachium i mgliste zapowiedzi.
Gdzie mogłoby powstać auto za 12 000 euro? Serbia raczej odpada – uruchomienie produkcji od zera kosztuje fortunę. Naturalna odpowiedź to Chiny, które od kilku lat regularnie dostarczają innym markom gotowe platformy i napędy, pozwalając budować tanie auta w europejskim opakowaniu. Bjelić na razie milczy. I raczej nie jest to przypadek.
Szansa to nie gwarancja
Tanie auta znikają. Europa od lat traci niedrogie nowe samochody szybciej, niż potrafi je zastępować. Skoda Fabia osiągnęła pułap cenowy, który jeszcze dekadę temu byłby nie do pomyślenia. Nawet Dacia – budżetowy punkt odniesienia od lat – systematycznie pnie się w górę cennika. W tej luce może się zmieścić wiele projektów, ale na drodze od ogłoszenia do salonu stoi kilka „drobiazgów”: homologacja, kapitał, moce produkcyjne i – chyba nade wszystko – zaufanie klientów do marki kojarzonej głównie z dowcipami. Bo Yugo było memem na długo przed powstaniem memów.
Jeśli Bjelić wjedzie w 2027 roku na salony z działającym prototypem w rękach, historia Yugo zyska niezwykle ciekawy ciąg dalszy. Jeśli nie – też zyska ciąg dalszy, bo nikt nie wybaczyłby tej marce dwóch spektakularnych wpadek z rzędu.



















