REKLAMA

Straż miejska obstawi rogatki. Nadchodzi festiwal kar

Większości straż miejska kojarzy się głównie z zakładaniem blokad na koła, mierzeniem długości postoju pod Biedronką i heroiczną walką z babcią handlującą pietruszką bez zezwolenia. Teraz może dostać nowe zajęcie: polowanie na kierowców na przejazdach kolejowych.

Straż miejska obstawi rogatki. Nadchodzi festiwal kar
REKLAMA

Ja generalnie należę do tych, co to rzadko wpisują się w większość, ale akurat to jest ten jeden z nielicznych przypadków, gdzie też bym się pod tym podpisał. Podobnie zresztą jak za rozwiązaniem tej „formacji” (w dotychczasowej formie) i przesunięciem środków na lepsze cele. Miłościwie nam panujący natomiast ewidentnie idą w przeciwnym kierunku – zamiast rozwiązywać, dodajmy im uprawnień do jeszcze skuteczniejszego zarabiania.

I nawet widzę w tym jakiś pokrętny sens – jeśli już mają istnieć i przeżerać nasze podatki, to niech chociaż robią coś faktycznie pożytecznego społecznie. Rząd pracuje nad przepisami, które pozwolą strażom gminnym i miejskim korzystać z systemów rejestrujących wykroczenia na przejazdach kolejowych. Innymi słowy: jeśli ktoś wjedzie za rogatki na czerwonym albo utknie między nimi, mandat może przyjść szybciej niż pociąg regio opóźniony „z przyczyn technicznych”.

I nawet nie będę tu specjalnie protestować.

Bo o ile polski kierowca potrafi znaleźć moralne uzasadnienie dla jazdy 78 km/h w terenie zabudowanym („bo szeroka droga”, „bo nikogo nie było”, „bo zupa była za słona”), tak obrona slalomu między opuszczającymi się rogatkami wymaga już wyjątkowej ekwilibrystyki. A mimo to takich przypadków nie brakuje. Wystarczy kilka minut przy dowolnym przejeździe kolejowym w większym mieście, żeby zobaczyć klasyczny zestaw zachowań: dociskanie gazu na czerwonym, objeżdżanie półrogatek i wjazd „na pewniaka”, mimo że po drugiej stronie nie ma miejsca.

To ostatnie jest zresztą wyjątkowym popisem braku wyobraźni. Kierowca widzi korek, widzi stojące auta, widzi tory, ale i tak uznaje, że właśnie on przełamie fizykę i zmieści swoje kombi pomiędzy ciężarówką a szlabanem. A potem zostaje już tylko paniczne cofanie, wyłamywanie szlabanu albo modlitwa, żeby maszynista zdążył wyhamować kilkaset ton rozpędzonego składu.

Przepisy są. I to by było na tyle

Przypomnijmy: przepisy są tu wyjątkowo brutalne. Za wjazd na przejazd przy czerwonym świetle albo objeżdżanie rogatek grozi minimum 2000 zł mandatu. W recydywie nawet 4000 zł i 15 punktów karnych.

Problem w tym, że samo istnienie wysokiej kary jeszcze niczego nie zmienia. W Polsce od dekad obowiązuje zasada: „przepis istnieje tylko wtedy, gdy ktoś go egzekwuje”. I właśnie tutaj do gry mają wejść straże miejskie.

Oczywiście internet już zdążył się oburzyć. Dla części kierowców to kolejny dowód na „łupienie zmotoryzowanych”. Bo przecież strażnik miejski nie powinien zajmować się bezpieczeństwem, tylko – zgodnie z narodową tradycją – być memem z internetu. Tymczasem prawda jest taka, że policji zwyczajnie brakuje ludzi do ścigania wszystkiego naraz. A systemy automatycznego nadzoru i tak już działają.

Państwo inwestuje w kolejne urządzenia Red Light monitorujące przejazdy kolejowe. W dokumentach dotyczących rozbudowy systemu CANARD przewidziano montaż kamer rejestrujących przejazd na czerwonym świetle również na torach. Skoro więc infrastruktura już powstaje, naturalne jest pytanie: kto ma to obsługiwać?

I tu dochodzimy do najbardziej polskiego elementu całej historii. Kierowcy przez lata skutecznie ignorowali apele, kampanie społeczne i zdjęcia rozbitych aut po zderzeniach z pociągami. Ale istnieje spora szansa, że zaczną respektować przepisy, gdy przyjdzie im zapłacić dwa tysiące złotych za „zdążę jeszcze”, „myślałem, że pojadą” oraz „bo mi się spieszy”.

Polak nie umie po dobroci

To trochę smutne, ale też bardzo charakterystyczne dla naszego stylu jazdy. Bezpieczeństwo jest dla wielu abstrakcją. Realny staje się dopiero mandat.

Zresztą Polska i tak długo była pobłażliwa wobec drogowego chaosu. W wielu krajach Europy kamery na przejazdach kolejowych są czymś oczywistym. Tam nikogo specjalnie nie interesuje tłumaczenie, że kierowca „musiał”, „zamyślił się” albo „nie widział, że migało”. Na czerwonym się stoi. Koniec dyskusji.

U nas nadal funkcjonuje romantyczna wizja sprytnego kierowcy, który „ogarnia system”. Tyle że fizyka kompletnie nie szanuje tej narracji. Pociąg nie odbije kierownicą. Nie zahamuje w miejscu. I nie będzie analizował, czy ktoś spieszył się po dziecko do przedszkola.

Dlatego paradoksalnie straż miejska może zrobić dla bezpieczeństwa więcej niż kolejna kampania z dramatycznym lektorem, chwytliwymi linijkami i smutną muzyką w tle. Polski kierowca nie przestraszy się filmu edukacyjnego. Ale listu z mandatem już tak.

I być może właśnie tego potrzebowaliśmy od początku: mniej apeli do rozsądku, więcej realnych konsekwencji.

Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-27T17:51:19+02:00
Aktualizacja: 2026-05-27T16:11:04+02:00
Aktualizacja: 2026-05-27T11:23:53+02:00
Aktualizacja: 2026-05-27T10:03:44+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T20:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T19:09:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T13:19:29+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T10:37:23+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T09:21:13+02:00
Aktualizacja: 2026-05-26T07:30:35+02:00