Ceny Hondy Varadero 125 odleciały. Specyficzny stan umysłu wymogiem
Przez ponad dwie dekady Varadero 125 było odpowiedzią na każde pytanie o motocykl na kategorię B. Dziś cena legendy boli bardziej niż jej wiek, a salony pękają od atrakcyjnych nowości.

W grupach motocyklowych są pytania, które padają tak często, że zasługują na własny wpis w Wikipedii. „Jakie opony?”; „Jaki olej lejecie?”; „Sakwy czy kufry?”. I bodaj najważniejsze z nich: „Jaki motocykl na kategorię B?”. Odpowiedź była przez lata tylko jedna i wszyscy ją znali – Honda Varadero 125. Nieważne, czy pytanie zadawał szpakowaty jegomość w garniturze, czy młody człowiek z wąsem a’la Małysz, który dopiero co odkrył, że istnieje coś takiego jak prawo jazdy. Odpowiedź była zawsze ta sama, jakby wgrana w czipie ze szczepionek albo zaprogramowana gdzieś między rozumem a pamięcią mięśniową.
Powód był tak racjonalny, że aż nudny. Varadero 125 długo było jedynym pełnowymiarowym motocyklem turystycznym z prawdziwego zdarzenia – masywnym, wysokim, z bakiem na 17,5 litra benzyny i silnikiem V-twin. Były co prawda jeszcze takie modele jak Aprilia Pegaso 125 czy bardziej endurowate Hyosung XRX i Yamaha XT125R, ale nie zyskały popularności nad Wisłą, a na dodatek były singlami.
W Hondzie pożyczony z cruisera dwucylindrowiec wyciskał z siebie 15 KM, którymi rozpędzał 154-kilogramową maszynę do około 120 km/h. W praktyce kierowca musiał ją najpierw grzecznie poprosić, a potem cierpliwie czekać. A jak już się doczekał, to wycie wykręconego do 12 tys. obrotów silnika szybko przypominało, że to nie ta klasa i nie ta pojemność do takiej jazdy.
Ale wyglądała jak uterenowiony turystyk, udając przy tym „dorosłą” maszynę, którą można było bez wstydu zajechać na stację paliw albo na „spota”. Konkurencji właściwie nie miała, bo nikt inny nie zrobił sobie takiego dziwactwa. Hiszpańska Honda Montesa skleciła ten motocykl jako mini-wersję flagowej XL1000V Varadero i nagle okazało się, że pół Polski tego potrzebuje.
Niezawodna legenda – czasami
Kult Varadero żywił się głównie zdaniem „nie psuje się”. Z marketingowego punktu widzenia to genialne, z technicznego – nie do końca prawdziwe. Wystarczy przelecieć przez fora, żeby zobaczyć, że pompa paliwa lubi się tu kończyć przez niefortunne umiejscowienie – gumowy O-ring puszcza wodę, styki się przepalają, a motocykl zatrzymuje się tam, gdzie nie powinien.
Klasyczna Honda potrafi też zaserwować problemy z alternatorem i regulatorem napięcia, a wymiana łożysk tylnego amortyzatora kończy się rachunkiem, który mocno odczuje portfel. Sprzęgło wedle obiegowej opinii forumowej kończy się w okolicach 40 000 km, choć tutaj zdania użytkowników są podzielone – niektórzy dojeżdżają do 80 000 km bez wymiany.
Gaźnikowe egzemplarze sprzed liftingu z 2007 roku palą znacznie więcej, niż chciałbyś zobaczyć w specyfikacji pojazdu o pojemności 124 cm3. To wciąż przyzwoity motocykl. Tylko nie taki, jakim go zapamiętała zbiorowa świadomość, która przez ostatnie +20 lat uczyniła z niej niemal superbohaterkę z uniwersum Marvela.
Takich już nie robią
Varadero ma jedną cechę, której współczesny rynek nie odtworzył – V-twin pożyczony z VT125 Shadow, z chłodzeniem cieczą, brzęczący tak, jak żaden jednocylindrowiec się nie nauczy. Według wszelkich opinii to jednostka bardzo trwała i wdzięczna do jazdy. To prawda, ale jednocześnie jest to ostatni argument, który dziś przemawia na jej korzyść.

W 2026 roku dwa cylindry w segmencie 125 to wymierający gatunek, dostępny wyłącznie w ubrankach cruiserowych: Romet RCR 125 za 16 999 zł, Benda Chinchilla 125 za 19 999 zł oraz jej siostry Rock i Napoleonbob, plus QJMotor SRV 125 i SRV 125V w widełkach 10 990–15 990 zł. Wszystko z podnóżkami z przodu i sylwetką sugerującą Route 66, a nie Bieszczady. Pełnowymiarowego adventure 125 z V-twinem nikt już nie robi – Honda Varadero to jedyna opcja.
Może nie jest ładnie, ale przynajmniej jest drogo
Niewielu jest takich, którzy kupili Varadero 125 dla estetyki. Chociaż nie brakuje właścicieli, którzy zarzekają się, że „im się podoba”, w głębi duszy wiedząc, że to racjonalizacja braku wyboru. To motocykl, który wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać adventure projektowane w pierwszych latach naszego stulecia – jajowato, plastikowo, z owiewką, która zasłania wszystko tylko nie wiatr, oraz z proporcjami, jakby ktoś przeskalował większy model w Paincie. I to tymi proporcjami często wygrywała debaty, bo trzeba jej oddać, że skutecznie udaje „duże moto”. Długo na rynku nie było alternatywy dla osób rosłych, które chciały wsiąść na 125. Na Hondzie mało kto wygląda jak na kocie. Pozycja jest wygodna, kanapa jest wygodna. I to jest jej niewątpliwy plus.
Lifting z 2007 roku poprawił przednią owiewkę, reflektor i tylną lampę (viaderko dostało też wtrysk), ale zachował ducha oryginału – co w tym przypadku niekoniecznie pada jako komplement. Umówmy się, Charlize Theron to ona nie jest. Dwadzieścia lat później ta sylwetka starzeje się tak, jak Nokia 3310 wśród składanych smartfonów – z sentymentem, ale bez błysków fleszy. No chyba że lubisz planować gorące romanse z emerytkami w Ciechocinku. Kim ja jestem, żeby oceniać twoje życiowe wybory?

To może chociaż się opłaca?
No tak średnio, bym powiedział, tak średnio. W maju 2026 roku na otomoto.pl wiszą prawie dwie setki ogłoszeń wszystkich Hond Varadero, a 125-tki stanowią ponad 60 proc. i wycenione są w sposób trudny do obronienia na trzeźwo.


Ceny zaczynają się od około 8500 zł (nie licząc jakichś pociętych wynalazków), co jeszcze brzmi jako-tako rozsądnie, ale dotyczą roczników 2001–2003 z przebiegami w okolicach 70–75 000 km. Typowy egzemplarz 125 po liftingu kosztuje już ok. 14–20 000 zł. Topowe oferty potrafią sięgnąć 25 000 zł – jak rocznik 2012 z kuframi i gmolami za 24 999 zł albo lift z 2014 roku z 4000 km na liczniku za 22 900 zł. To są pieniądze, za które dwa lata temu kupowało się najdroższe oferty na rynku, a sytuację już wtedy opisywaliśmy z lekkim niedowierzaniem. Teraz niedowierzanie zostało, tylko sufit poszedł wyżej.
Tylko teraz to już bez sensu
W 2026 roku adventure 125 to nie żaden niszowy gatunek, tylko regularna kategoria z prawdziwą półką w salonach. Barton Rally 125 Duo kosztuje nowy 12 900 zł, ma 15 KM, ABS, LED-y, wtrysk i gwarancję. QJ SRT 125DX to 12 999 zł i dostajesz wyświetlacz TFT, porty USB-A i USB-C, prześwit 225 mm oraz zero historii w postaci „jeździłem ostrożnie, ale nie pytaj o poprzedniego właściciela”. W kolejce stoją Benelli BKX 125, Morbidelli T125X, Junak RX One ABS 125 i wiele innych „mini adwenczerów”. Jest też Honda CB125F za 12 900 zł, która co prawda jest miejskim nakedem, ale za to nowym i bez 50 000 km na karku. Wszystkie spełniają normę Euro 5+, wszystkie mają wtrysk paliwa, a każdy z nich ma jedną bezcenną zaletę – nikt go jeszcze nie próbował w terenie wbrew zdrowemu rozsądkowi.
No chyba że koniecznie chcesz dwa cylindry – tutaj trzeba uczciwie przyznać, że w segmencie współczesnych małych ADV nie masz czego szukać.
Varadero 125 było świetnym pomysłem na 2005 rok. Może nawet na 2015. Ale w 2026 płacenie 18 000 zł za 18-letni motocykl z nieznaną historią tylko w oparciu o obiegową opinię, zwłaszcza na początku swojej przygody motocyklowej? Moim zdaniem to – delikatnie mówiąc – nienajlepszy pomysł.



















