REKLAMA

Teraz to mnie przekonali do elektryków. Rozwiązali palące problemy, a ja drapię się po głowie

Tesla rozwiązała problem, który sama stworzyła: jej samochody hamują tak rzadko, że tarcze pokrywają się rdzą. Odpowiedź? Specjalny tryb, który każe kierowcy hamować. Tymczasem BYD wjechał na scenę na trzech kołach i wszyscy klaszczą.

Teraz to mnie przekonali do elektryków. Rozwiązali palące problemy, a ja drapię się po głowie

Elektryki mają realny problem, o którym nikt głośno nie mówi: prawie nie korzystają z fizycznych hamulców. Regeneracyjny układ odzysku energii robi całą czarną robotę tak skutecznie, że tarcze i klocki miesiącami siedzą bezczynnie, pokrywając się warstwą rdzy powierzchniowej. To w pełni normalne, nie wpływa na skuteczność hamowania, ale wygląda niepokojąco i przy pierwszym mocniejszym naciśnięciu pedału wita nas charakterystycznym skrzypnięciem.

Problem – o ile w ogóle można to nazwać mianem problemu – trwa co prawda jakieś 2, może 3 sekundy, których klocki potrzebują do zdarcia rdzy. I nigdy bym nie pomyślał, że ktoś może faktycznie się przy tym zatrzymać… Aż tu wchodzi mój redaktur prowadzący i mówi: „A dla mnie fajne, bo nie lubię, jak mi szura”. No i bądź tu mądry. Czyli jednak są problemy pierwszego świata, o których mi się nawet nie śniło… No dobra, przyjmuję.

Tesla rozwiązała ten niewątpliwie palący problem w sposób – a jakże – iście genialny w swojej prostocie. W trybie serwisowym ponoć objawiła się funkcja Brake Burnishing, czyli takie wirtualne polerki do tarcz. Działa to banalnie – wyłącza rekuperację i prowadzi kierowcę przez serię cykli hamowania z instrukcjami dotyczącymi prędkości i siły nacisku na pedał. Innymi słowy: Tesla stworzyła specjalną funkcję, specjalny ekran z wizualnym przewodnikiem i specjalną procedurę serwisową po to, żeby powiedzieć Ci, żebyś od czasu do czasu normalnie zahamował.

Jest w tym pewna poetyka. Firma, która z dumą informuje, że jej samochody nie potrzebują regularnych serwisów, stworzyła procedurę serwisową, której wymagają wyłącznie dlatego, że ich samochody za często zastępują hamulce czymś innym. To trochę jak wynalezienie specjalnej aplikacji mobilnej przypominającej o ograniczeniu korzystania z aplikacji mobilnych. Totalny bezse… a nie, czekaj.

Oczywiście fani marki okrzyknęli to innowacją i „eleganckim rozwiązaniem problemu elektryków”. I generalnie bym to wyśmiał, ale nie mogę, bo redaktur nie lubi, jak mu szura. A więc – trudno odmówić im racji, jeśli już musisz mieć problem z rdzą na tarczach, to fajnie mieć do niego osobny ekran z animacją. I w gratisie, bo ktoś inny kazałby pewnie za to płacić osobno u dealera.

Co najzabawniejsze (chociaż oczywiście w ogóle się z tego nie śmieję), sama funkcja istnieje w Teslach od kilku lat. Poświęcone jej filmy w internetach wiszą co najmniej od 2022 roku, ale teraz ktoś ją teraz znalazł, użył, zachwycił się i mamy virala. Ot, Tesla prowadzi Cię przez czynność, którą właściciel każdego auta spalinowego wykonuje bezwiednie kilkadziesiąt razy dziennie, po prostu dojeżdżając do świateł.

BYD wjeżdża na trzech kołach

Po drugiej stronie medalu mamy BYD i supersamochód Yangwang U9, który pojawia się na mediach społecznościowych z niezmordowaną regularnością od 2023 roku, kiedy to zadebiutował na Auto Shanghai. Auto potrafi jeździć na trzech kołach. Potrafi też skakać. Wszystko za sprawą systemu DiSus-X – zaawansowanego hydrauliczno-pneumatycznego zawieszenia, które steruje pionowym, bocznym i wzdłużnym ruchem nadwozia niezależnie dla każdego koła.

BYD nazywa DiSus „najbardziej zaawansowanym systemem kontroli nadwozia w historii globalnej branży motoryzacyjnej". To skromne sformułowanie jak na firmę, która wcześniej zbudowała między innymi samochód mogący pływać przez 30 minut i wykonujący obrót w miejscu niczym czołg.

Jazda na trzech kołach wygląda… w sumie sam nie wiem, jakie mam pierwsze przemyślenie po obejrzeniu nagrania, na którym U9 wjeżdża na scenę bez lewego przedniego koła, kłaniając się publiczności niczym cyrkowiec. Auto podnosi koło jak piesek podający łapę. Ładnie. Wszyscy klaszczą. Konferansjer krzyczy coś o rewolucji.

Nasuwa mi się cała seria pytań. Czy macha hakiem zamiast ogonem? Czy siada na komendę? Czy podaje łapę? Czy umie się przeturlać? Dokumentacja techniczna BYD jest oszczędna w tych kwestiach, ale przy tym poziomie ambicji to pewnie tylko kwestia kolejnej aktualizacji oprogramowania.

Pytanie już na poważnie, które się nasuwa, a którego nikt na konferencji prasowej nie zadaje: po co? Kto, kiedy i gdzie jedzie na trzech kołach? Czy to funkcja bezpieczeństwa – samochód jedzie dalej po utracie koła? Czy to po prostu popisy zawieszenia, które kosztowało miliony dolarów i miliony kilometrów testów? Bo jeśli tak, to przy całym szacunku dla inżynierów, ten piesek nauczył się bardzo trudnej i drogiej sztuczki, żeby zrobić na nas wrażenie.

Branża idzie naprzód

Żyjemy w czasach, kiedy fani Tesli zachwycają się zautomatyzowaną procedurą „naciśnij pedał hamulca”, a BYD dostaje owacje na stojąco za auto, które podnosi przednią lewą łapę niczym mój pies proszący o smaczek. Miliony dolarów w opracowanie software’u, dziesiątki miesięcy testów, setki inżynierów po obu stronach oceanu.

I gdzieś pośrodku tego wszystkiego stoi pan redaktur i z aprobatą kiwa głową, bo nie lubi, jak mu szura. Obie firmy rozwiązały palące problemy. Obie dostały za to pochwały w mediach społecznościowych. Ja się drapię po głowie, ale najważniejsze, że jesteśmy ocaleni!

Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-14T12:07:23+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T10:46:06+02:00
Aktualizacja: 2026-05-14T10:11:08+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T20:25:27+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T19:59:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T17:34:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T16:01:46+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T13:53:57+02:00
Aktualizacja: 2026-05-13T12:29:14+02:00