Range Rover SV LWB za 1,7 mln zł: ten najwspanialszy. Przez tydzień udawałem, że jest mój
Nie da się kupić większego, szybszego ani lepiej wyposażonego Range Rovera. Ale czy warto to robić? I ile kosztuje „poproszę wszystko” w przypadku brytyjskiego SUV-a z niemieckim silnikiem?

Ponad 1,7 mln złotych. Tyle kosztuje samochód, na który patrzycie. O ile zwykle kwestię cen zostawiam na koniec testów, o tyle teraz uznałem, że warto wspomnieć o niej na samym początku. Wcale nie po to, by popsuć wam humor i uświadomić, że was na niego nie stać. Przecież zawsze możecie sprzedać dom, wziąć kredyt i kupić sobie taki wóz. Jest duży, można w nim spać, i to bardzo wygodnie. Ma nawet lodówkę i stolik.
Piszę o cenie dlatego, że tak imponująca kwota pozycjonuje Range Rovera w absolutnej ekstraklasie SUV-ów (i samochodów w ogóle). Już bazowa wersja z ceną na poziomie 738 tysięcy złotych jest kosztowna, ale taka, jak ta, to już propozycja dla najmożniejszych tego świata.

Przez tydzień wcielałem się w jednego z nich
To znaczy, usiłowałem się wcielać, bo prawdziwy członek elity nie jechałby Range Roverem na bazarek po warzywa, tylko wysłał po to asystenta. Nie parkowałby też pewnie na ulicy - a mnie się to zdarzyło, w dodatku w straszny mróz (na szczęście wysuwane klamki nie zamarzły). Przede wszystkim, zapewne wcale nie zasiadałby za kierownicą swojego auta, bo nie po to kupuje się wersję przedłużaną, z istnym pałacowym Bizancjum w drugim rzędzie, by potem kręcić kółkiem jak ktoś nisko urodzony.

OK - wychodzi więc na to, że wcielałem się raczej w pracownika pałacowej służby albo przynajmniej w szofera. Najpierw opowiem jednak, czym tak naprawdę jeździłem.
Ten Range Rover SV LWB ma kilka mocnych argumentów tłumaczących jego cenę
Po pierwsze, to wersja długa, mierząca aż 5,25 m, z rozstawem osi sięgającym niemal 3,2 m. Tak ogromne wymiary przekładają się oczywiście głównie na przestrzeń dla pasażerów z tyłu. Można zamówić Range’a LWB (Long Wheelbase, czyli z długim rozstawem osi) w bardziej „rodzinnej” wersji siedmiosobowej (nadającej się też do jazdy z ochroną). To jest jednak wersja z dwoma osobnymi fotelami i bagażnikiem pozbawionym dodatkowych miejsc. Idealna alternatywa dla limuzyn w rodzaju Maybacha klasy S czy Bentleya Flying Spura dla tych, którzy wolą wygodniej wsiadać i muszą czasami jeździć albo po złych drogach (np. w krajach na wschód od Polski), albo wręcz w terenie (Range Rover to Range Rover, więc da radę).

Fotele da się rozłożyć i prawie wyprostować nogi. Nie zabrakło ekranów, a pośrodku zamontowano m.in. lodówkę (taka konfiguracja tyłu kosztuje… prawie 114 tysięcy złotych). Trochę tylko niepokoi mnie, że nawet jej otwarcie obsługuje się poprzez wciśnięcie odpowiedniego pola na ekranie dotykowym. Nie wiem, czy za dekadę czy dwie to wciąż będzie dobrze działać. Arystokraci często jeżdżą autami długo. Oby butelka szampana nie została tam uwięziona.

Po drugie - ale pewnie już to zauważyliście - mówimy o odmianie absolutnie dopieszczonej pod kątem zarówno wyposażenia, jak i wykończenia. Zamontowano tu chyba wszystko, co da się zamówić do tego auta, a każdy element, który akurat nie został pokryty drewnem, obszyto skórą najwyższej jakości. Pachnie, jest wspaniale miękka w dotyku i… ma przedziwne kolory (opcja za 22 560 zł), zwłaszcza w połączeniu z kolorem nadwozia.

Tu przechodzimy do „po trzecie”
Sam lakier („satynowy miedziany Sunrise Copper”) zwiększa cenę Range Rovera o 66 460 zł. Można za tyle kupić nowego Fiata Grande Panda.

Kwestia zestawienia tego lakieru z tym, co widać w środku (połączenie bordowej skóry z czarną - przód jest bordowy, tył czarny), jest - delikatnie mówiąc - kontrowersyjna. Ktoś powie, że to idealne zestawienie dla ekscentrycznego milionera, który nie przejmuje się konwenansami, nie boi się odważnych połączeń i ma dość nudnych, czarnych i białych SUV-ów. Może i tak. Mnie przyszło do głowy, że to idealna kolorystyka auta gwiazdy disco polo. Nic w tym złego. Piosenkarze z tego nurtu mogą być przecież ekscentrycznymi milionerami.
Po czwarte (a może po pierwsze?), to jest bardzo mocny Range Rover

To nie jest hybryda plug-in, tylko stare, dobre V8. Owszem, z układem MHEV, ale on tu zbyt wiele nie zmienia. Mówimy o silniku o pojemności 4.4 litra, prosto z BMW. Rozwija 615 KM i 750 Nm. Ten gigantyczny wóz, ważący tyle, co Sanktuarium w Licheniu, przyspiesza do setki w 4,6 s i maksymalnie może ciąć powietrze z prędkością 261 km/h.
To wszystko składa się na ogromną cenę
Oto szczytowy Range Rover: najmocniejszy, najdłuższy, z maksymalnym możliwym wyposażeniem. Jeśli ktoś wchodzi do salonu tej marki i mówi, że poprosi to, co najlepsze, wyjedzie właśnie takim wozem.

Nie jest łatwo wypowiadać się o samochodzie wartym tyle, co duży dom. Ponieważ jednak jeździłem kilkoma wozami podobnej klasy, mogę spróbować odpowiedzieć na pytanie o to, czy taka wersja, taka opcja i w ogóle taki samochód ma choć odrobinę sensu. To znaczy: wiadomo, że gdy patrzy się na sprawę rozsądnie, to nie ma go ani trochę i najlepiej jest kupić Corollę. Ale kto tak myśli, musi mieć straszliwie nudne życie.
Nie ma w motoryzacji drugiego takiego miejsca, jak fotel kierowcy Range Rovera
Z tyłu jest - owszem - bardzo przyjemnie, ale mnie się tam szybko nudzi. Ileż można oglądać filmy, czytać albo popijać zimne płyny? O wiele ciekawiej będzie wdrapać się za kierownicę.

Wystarczy chwila na tym miejscu, by zrozumieć, czym Range Rover różni się od „zwykłych”, dużych SUV-ów w rodzaju BMW X7 (może mieć ten sam silnik) czy Mercedesa GLS. Niemieckie wozy wydają się przy Range’u malutkie. W brytyjskim aucie siedzi się o wiele wyżej. Nisko poprowadzona linia szyb pozwala dyskretnie zerkać na dachy aut stojących obok albo… patrzeć sobie w oczy z kierowcami ciężarówek. To sprawia, że naprawdę można się poczuć jak ktoś z wyższej (dosłownie) warstwy społecznej. Klimatu dodaje jeszcze wielka kierownica - trochę jak koło sterowe.
Silnik jest wspaniały
Nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego wielki Range Rover powinien być tak szybki. Nieracjonalny jest jeden: i wystarczy. Range SV jest szybki, bo może.

Jazda takim autem jest niezwykle przyjemna, o ile już przywykniemy do jego gargantuicznych rozmiarów. Trzeba pilnować, czy mieścimy się na pasie ruchu w mieście albo czasami odpuścić próby mijania się z kimś na wąskiej uliczce i go przepuścić.

Motor V8 przyjemnie - choć oczywiście nienatarczywie - brzmi. Świetnie reaguje na gaz i oferuje ogromne pokłady mocy i momentu. Range Rover wyrywa do przodu z olbrzymią siłą niezależnie od prędkości i sytuacji. Ośmiobiegowy automat działa gładko i nie wchodzi silnikowi w drogę. Gdy wciśnie się gaz do podłogi, przód majestatycznie się unosi, a świat za oknem błyskawicznie przyspiesza. Łatwo się od tego uzależnić i zacząć jeździć jak zbyt pobudzony raper (oni też kochają Range Rovery). To oczywiście kosztuje - trzeba szykować nie tylko pieniądze na mandaty, ale i na benzynę, której przy ostrej jeździe z baku ubywa nawet po 25 litrów na każde 100 km.

Ale to V8 potrafi też palić mało
Jazda w trybie „nigdzie się nie spieszę, niech inni na mnie czekają” pozwala zejść zaledwie do 9,9 litra przy 90 km/h. W ramach ciekawostki dodam, że kiedyś próbowałem zejść poniżej 10 poza miastem w Volvo XC90 B5 - i było to równie trudne, tyle że tam nie ma V8, a benzynowe 2.0. W Range Roverze „codzienne” spalanie poza miastem to 13-15 litrów na setkę. Jak na te wymiary, osiągi i moc: uważam, że mamy do czynienia z autem wręcz oszczędnym.

Czy Range Rover SV jest komfortowy niczym latający dywan? Tak, o ile nie przejeżdżamy przez krótkie, poprzeczne nierówności. SUV z tak długim rozstawem osi nie lubi np. leżących policjantów. Czy jest wspaniały w trasie? Tak, o ile nie przekraczamy jakichś 130 km/h, bo powyżej tej prędkości szum opływający kanciaste nadwozie już doskwiera. Osładza to dobry zestaw audio firmy Meridian. Gra w samochodowej ekstraklasie, w której widzę też Burmestera z Mercedesa S, zestaw tej samej firmy z Porsche Panamery i audio Bowers&Wilkins z najnowszego Volvo EX90. Tyle że zajmuje w niej czwarte miejsce, tuż za podium.

Czy prowadzi się dobrze? Przechyla się, bo musi, ale posłusznie słucha się kierowcy. Ale mimo „szybkich” literek na błotniku, w ogóle nie jest sportowy. I dobrze.
Czy Range Rover SV ma wady?
Oprócz tej oczywistej, w postaci ceny (to raczej wada mojego portfela: że nie jest tak gruby), a także tych naciąganych, jak spalanie (jak na 615-konne V8 w takim olbrzymie - naprawdę się nie przyczepiam) czy szumy przy wysokich prędkościach (rozpędziłeś się willą, to łaskawie zrób trochę głośniej tego Chopina, którego słuchasz), można i tak coś znaleźć.

Chodzi przede wszystkim o obsługę kokpitu. To żaden zarzut, że trochę widać już po nim lata. Całe szczęście, że nie ma tu jeszcze większego ekranu centralnego. Dobrze, że nie przyczepiono też bezsensownego wyświetlacza przed pasażerem. Przeszkadza mi jednak bezsensownie zmarnowane miejsce pod ekranem i przy lewarku zmiany biegów i mało pięknym włączniku silnika (dało się zrobić - przy tej cenie - coś bardziej wyjątkowego). OK, zamysł był minimalistyczny, ale przydałoby się, by Range Rover miał większą i skuteczniejszą ładowarkę indukcyjną. Ta, która jest teraz - w schowku pod przesuwaną klapką - w ogóle nie ładuje telefonu i jest bardzo mała.
Co jeszcze? Na nierównościach pokonywanych w czasie mroźnej pogody słychać trzaski z okolic szklanego dachu. Z tyłu miejsca jest trochę mniej, niż w limuzynach podobnej wielkości. A gdy było naprawdę zimno, jeden ze spryskiwaczy reflektorów nie miał ochoty się chować.

Czy w takim razie Range Rover SV LWB jest warty 1,7 mln złotych?
Range Rover daje więcej poczucia wyjątkowości od niemieckich SUV-ów, mimo że one mogą być obiektywnie zwinniejsze, cichsze i nowocześniej wyposażone.
Wersja SV jest świetna: ma wspaniały, staroświecki silnik, pachnie skórą i potrafi być i niezwykle szybka, i zaskakująco oszczędna. Nie żeby któryś z superbogatych klientów liczył wydatki na paliwo: ale miło jest mieć trochę większy zasięg w trasie.

Tyle że za 1,7 mln nie tylko da się kupić dwa bazowe Range Rovery, ale i powoli wchodzimy już w terytorium aut grających w najwyższej lidze. Bentley Bentayga może niektórym za mocno przypominać Audi, więc rozumiem tych, którzy go pominą. Ale Rolls-Royce’a Cullinana pominąć już nie można. Co wybrać? Nie mam pojęcia. Ale takich właśnie dylematów państwu życzę.






































