Policja pokazała liczbę zgłoszeń. Sygnaliści mają ręce pełne roboty
Na policyjne skrzynki „Stop agresji drogowej" wpłynęło w 2025 roku ponad 44,5 tys. zgłoszeń – o blisko połowę więcej niż rok wcześniej. Agresja faktycznie rośnie czy Polacy po prostu przestali udawać, że nic nie widzą?

Policja opublikowała dane dotyczące funkcjonowania mailowych skrzynek „Stop agresji drogowej" za 2025 rok. Liczba jest imponująca: w ubiegłym roku na skrzynki trafiło łącznie 44 526 zgłoszeń dotyczących agresywnych i niebezpiecznych zachowań na drogach. Rok wcześniej było ich 30 581 – różnica to więc blisko 14 tysięcy wiadomości, czyli ponad 45 proc. Polacy nagrywają, a potem wysyłają. I to coraz chętniej.
Czym są skrzynki
System „Stop agresji drogowej” działa od kilku lat – każda komenda wojewódzka i Komenda Stołeczna Policji mają osobny adres mailowy. Wysyła się tam nagrania z wideorejestratora, na których widać rażące naruszenia przepisów, takie jak: nieprawidłowe wyprzedzanie (w tym przed przejściem dla pieszych), zajeżdżanie drogi, przejazd na czerwonym czy znaczne przekroczenie prędkości. Policja analizuje materiały i może wystawić mandat lub skierować sprawę do sądu. Tu warto dodać: skrzynki nie służą do zgłaszania parkowania w niedozwolonym miejscu ani drobnych drogowych nieporozumień. Od tego jest straż miejska albo numer 112.
Wzrost jest widoczny w danych wieloletnich. Jeszcze w 2021 roku zgłoszenia z całego kraju oscylowały wokół 25 tysięcy, w 2022 było ich około 28 tysięcy, w 2023 łączna liczba przekroczyła 29,5 tysiąca, a w 2024 pękł próg 30 tysięcy, zatrzymując się na 30 581. Skok między rokiem 2024 a 2025 rzędu 45 proc. jest zdecydowanie największy w historii akcji.
Warszawa rządzi, zaskakuje Podlasie
W rozbiciu geograficznym liderem jest – bez niespodzianek – Warszawa. Komenda Stołeczna Policji odnotowała wzrost z 7,1 tys. do 13,3 tys. zgłoszeń, czyli o 87 proc. rok do roku. Policjanci tłumaczą to skalą i gęstością ruchu: korki tworzą sytuacje sporne, a sytuacje sporne kończą się nagraniem i zgłoszeniem.
Zaskakujące jest natomiast Podlasie. Liczba zgłoszeń na tamtejszą skrzynkę skoczyła z 512 do 1422 – o blisko 180 proc. Rzecznik KWP w Białymstoku tłumaczy tę aktywność rosnącą świadomością kierowców. Ale jest też drugie dno: Podlasie to region z jedną z najwyższych śmiertelności w wypadkach drogowych w kraju – na 100 zdarzeń ginie tam statystycznie ponad 14 osób, przy śląskim wyniku nieco powyżej siedmiu. Za tą liczbą często stoi brawurowa jazda, szczególnie w okolicach przejść granicznych z dużym ruchem tranzytowym. Mieszkańcy mają dosyć, więc nagrywają. Trudno im się dziwić.
Więcej agresji czy więcej kamer?
Tylko co te liczby oznaczają? Intuicja podpowiada: więcej zgłoszeń = więcej agresji. Otóż niekoniecznie. Psycholog transportu dr Andrzej Markowski komentujący dane dla Rzeczpospolitej odradza pochopne wyciąganie wniosków – jego zdaniem wzrost liczby zgłoszeń wynika w dużej mierze z faktu, że kierowcy dostali narzędzie do oceniania innych i coraz swobodniej z niego korzystają. Badania wskazują, że każdy uczestnik ruchu postrzega siebie jako jeżdżącego odpowiedzialnie – zagrożenia widzi wyłącznie w zachowaniu innych.

Niezależnie od powyższego, wniosek z najnowszego cyklu badawczego Instytutu Transportu Samochodowego jest jasny: ośmiu na dziesięciu kierowców deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu spotyka się z agresywnym zachowaniem innych na drodze. Według badaczy ITS agresja drogowa to przejaw tzw. agresji dyspozycyjnej – trwałej skłonności określonego profilu kierowcy do impulsywnych reakcji. Innymi słowy: ktoś taki będzie agresywny bez względu na okoliczności. Co gorsza, straszenie mandatami może u takich osób nasilać napięcie, zamiast je łagodzić. Restrykcyjne prawo jest narzędziem, ale nie lekarstwem.
A co na to policja? Nie wiadomo
Tu zaczyna się problem z całą tą statystyką. Policja corocznie podaje liczbę wpływających zgłoszeń – i na tym koniec. Nie ma żadnego oficjalnego, zbiorczego zestawienia pokazującego, ile z tych 44 526 sygnałów zakończyło się wystawieniem mandatu, ile spraw skierowano do sądu, ile umorzono, a ile po prostu wylądowało w koszu jako niedostatecznie udokumentowane.
Fragmentaryczny wgląd w to, co się naprawdę dzieje ze zgłoszeniami, daje tylko jedno źródło – podsumowanie łódzkiej komendy za 2023 rok. Wynika z niego, że dwa lata temu blisko 70 proc. wszystkich maili przysłanych na tamtejszą skrzynkę nie miało nic wspólnego z agresją drogową. Trafiały tam nagrania nieprawidłowego parkowania, zgłoszenia zaśmiecania trawników i pliki bez daty, godziny czy miejsca zdarzenia – czyli bezużyteczne. Policja formalnie nie może zignorować żadnego zgłoszenia, więc każdy taki mail generuje realną pracę administracyjną, która konsumuje zasoby.
Skala tego zjawiska w ujęciu ogólnopolskim za rok 2025 nie jest znana – bo policja jej nie publikuje. Można przypuszczać, że wraz z upływem czasu jakość zgłoszeń rośnie razem z ich liczbą (kierowcy lepiej wiedzą, co i jak wysyłać), ale jest to jedynie zgadywanie. Wiemy, że skrzynka łącznie zebrała 44 tysiące wiadomości. Nie wiemy natomiast, co się z nimi dalej działo.
Czy warto zgłaszać?
To pytanie zadawaliśmy już wiele razy. Odpowiedź nie jest prosta. Zwracaliśmy uwagę, że policja przestała informować zgłaszających o efekcie wysłanego nagrania, co czyni całe przedsięwzięcie mało przejrzystym. Pisaliśmy też o przypadku, gdy zgłaszający sam stanął przed groźbą grzywny, bo odmówił stawienia się na przesłuchanie w roli świadka. Dziękuję, postoję.
Mechanizm prawny jest przejrzysty: zgłaszający wysyła nagranie z datą, godziną, miejscem zdarzenia i numerem rejestracyjnym pojazdu. Policja ustala właściciela, wzywa go na przesłuchanie i – jeśli nie wskaże, kto prowadził auto – może odpowiadać za odmowę wskazania kierującego na podstawie art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń. Czyli system działa, o ile jesteś gotów na pewien wysiłek administracyjny po swojej stronie. Nagranie samo w sobie nie wystarczy i ty też możesz dostać wezwanie na przesłuchanie. Dane za 2025 rok sugerują natomiast, że coraz więcej Polaków uznaje ten wysiłek za wart zachodu.



















