Bycie pieszym w Mediolanie to sport ekstremalny. Trudno mi zliczyć sytuacje, w których musiałem uciekać z pasów jako pieszy, a dziś doszła do tego próba potrącenia na chodniku przez jadące po nim auto.

Doskonale pamiętam Warszawę z przełomu wieków. Jeszcze lepiej ją sobie przypomniałem po 3 dniach w Mediolanie. Samochody parkowały wszędzie – na każdym trawniku, przejściu dla pieszych i chodniku stały auta. Dziś sytuacja jest diametralnie inna, niestety przy okazji udało się przechylić wahadło w drugą stronę i likwidować zupełnie zwykłe, legalne miejsca parkingowe. Jeśli pełnomocnikiem do spraw rewitalizacji stolicy jest człowiek chorobliwie nienawidzący samochodów, trudno spodziewać się innej drogi. Ciekawe, co powiedziałby na Mediolan.


To miasto jest niezwykłym przykładem, jak coś idealnego może zarazem nie działać
Mediolan jest znakomicie zaprojektowany jeśli chodzi o transport publiczny. Tramwaje, autobusy i pięć linii metra uzupełniają się idealnie. Wszędzie lub prawie wszędzie można dotrzeć metrem, a ponadto to miasto o populacji bliskiej Warszawie jest niezwykle kompaktowe i bardzo często najszybciej jest po prostu iść. Bilety na komunikację zbiorową są względnie tanie, oczywiście dużo droższe niż w Polsce – ale też zarobki w Mediolanie znacznie wykraczają nawet ponad średnią dla Europy zachodniej. Ciasna zabudowa zniechęca do posiadania samochodu. A jednak mimo pięciu linii metra i nieprzyjaznej parkowaniu zabytkowej zabudowie, mediolańczycy wszędzie jeżdżą samochodami. Nie udało się wyplenić przywiązania do tego absurdalnego środka komunikacji prywatnej, jakim jest samochód. Mimo wszelkich niewygód motoryzacyjnych, mimo nadzwyczaj sprzyjających okoliczności dla komunikacji zbiorowej, oni dalej jeżdżą samochodami.

A nie mają ich gdzie parkować
W Mediolanie jest sporo miejsc parkingowych, ale samochodów jest bardzo dużo. Stara część miasta, tzw. Area C, objęta opłatą za wjazd, nie oferuje wielu możliwości parkowania, a i tak trwa tam ciągły ruch aut prywatnych. Całe miasto to strefa czystego transportu o dosyć rygorystycznych kryteriach, a jednak w ruchu ulicznym regularnie widzi się graty w rodzaju Pandy I, Seicento itd. – tak jakby zupełnie się tą strefą nie przejmowano. Najmniej jednak przejmują się kwestiami parkowania. Niby są skomplikowane zasady, jak linie w różnych kolorach – żółte, niebieskie i białe, pozwalające na różny czas trwania parkowania i różnicujące ludzi na mieszkańców i niemieszkańców, ale mało kto tego przestrzega.

Parkowanie przed samymi pasami to rzecz tak normalna, że w ogóle jej nie zauważamy po kilku dniach. Właściwie zwracam na nią uwagę tylko wtedy, kiedy muszę zza zaparkowanego auta wyjść na jezdnię. Muszę wtedy uważać, bo zatrzyma się może jedno na pięć nadjeżdżających aut, żeby mnie przepuścić. Jeśli pieszy już wylezie, to zwykle hamują, ale nie robi się takich manewrów, mając dzieci pod opieką. Jeśli piesi stoją, znaczy że są frajerami i można śmiało jechać. Dziś, kiedy szedłem po mediolańskim chodniku, kierowca próbował mnie najechać, cofając po nim aby zaparkować w drugim rzędzie, zresztą na byłym trawniku. Jak w Warszawie 25 lat temu (lub w dowolnym innym dużym polskim mieście, ale jednak Warszawa jest porównywalna pod względem liczebności populacji).


Szukałem, czy nie ma jakichś ruchów w rodzaju polskich youtuberów walczących z patoparkowaniem
Mamy w Polsce Samochodozę, Konfiturę, Szymona Nieradkę ze Szczecina - ich działania są ukierunkowane na walkę z kierowcami, którzy zasady parkowania mają za nic. Czasem trudno popierać w stu procentach ich metody, ale w większości mają rację. W Mediolanie – niespecjalnie takie rzeczy się dzieją. Czasem serwis Milano Bella Da Dio opublikuje rolkę, w której zwraca uwagę, że może auta nie powinny jednak wjeżdżać do parku.
Ale tak poza tym, to wszyscy chcą jakoś żyć i nikomu to nie przeszkadza.
Są więc dwie drogi: jedną nazwałbym niderlandzką, gdzie narzucamy rozwiązania siłowe uniemożliwiające kierowcom parkowanie gdzie popadnie, przy czym dzieje się to z poparciem mieszkańców. Mediolańską – pozwalamy parkować gdzie kto chce, co też dzieje się z poparciem mieszkańców, po prostu wolą oni taką chaotyczną wersję rzeczywistości od holenderskiego porządku. W Polsce mamy rozwiązanie pośrednie: mieszkańcy wolą wariant mediolański, władze narzucają nam niderlandzki.









































