Niemcy listy piszą. Mówią, że nie będą już oszukiwać
Niemcy sięgają po broń ostateczną, wszak piór jest silniejsze od miecza. Dlatego niemiecki kanclerz postanowił napisać długi list, w którym prosi o zmiłowanie nad umęczoną motoryzacyjną duszą.

Niemieckie władze spojrzały w kalendarz, popatrzyły na wyniki swoich koncernów motoryzacyjnych i doszły do wniosku, że robi się niebezpiecznie. Za 9 lat wejdzie w życie unijny zakaz sprzedaży samochodów spalinowych. Już teraz cała Europa powinna mieć wysoki udział samochodów elektrycznych w ogólnej sprzedaży, a okazuje się, że klienci nie są tak chętni na zmianę samochodu. Nie pomaga likwidacja wszelakich dopłat, bo okazało się, że wolny rynek nie za dobrze działa, gdy nie ma odpowiedniej stymulacji. Do tego doszła presja ze strony chińskich producentów, którzy coraz śmielej poczynają sobie w Europie i nic sobie nie robią z ewentualnych ceł.

Niemcy czują zaciskającą się pętlę na szyi, więc zaczynają wykonywać nerwowe ruchy, żeby odsunąć w czasie moment wejścia w życie zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Trudno im się dziwić, bo motoryzacja jest ważną częścią niemieckiego PKB i tamtejszego dobrobytu. W końcu, gdy Volkswagen i BMW łapią przeziębienie, to kilkanaście tysięcy ludzi idzie na zwolnienie lekarskie.
Niemcy piszą listy do UE. Proszą o litość
Kanclerz Merz wysłał sygnał do Komisji Europejskiej, że zrobi wszystko, żeby złagodzić zakaz sprzedaży samochodów spalinowych. Mówi wprost, że chce wyjąć spod niego hybrydy. Udało mu się nawet specyzować o jakie chodzi - plug-iny, klasyczne (zamknięte/szeregowe) oraz hybrydy z silnikiem spalinowym jako range-extenderem. Zasadniczo chce, żeby każda hybryda była wyjęta spod zakazu. Co ciekawe - te zapowiedzi zbiegają się w czasie z plotkami o tym, że BMW zamierza użyć silnika spalinowego jako range extendera w elektrycznych i7 oraz iX5. Przypadek?
Według kanclerza należy skupić się na inwestycji w samochody hybrydowe, bo te łączą to, co najlepsze w spalinowej i elektrycznej motoryzacji. Kanclerzowi wtóruje opozycja, która twierdzi, że rentowność niemieckiego przemysłu jest kwestią kluczową. Według niej elektryfikacja jest ważna, ale ważniejsze są miejsca pracy, a skoro można połączyć jedno i drugie, to należy to zrobić. Oczywiście konferencja kanclerza, która zapowiadała wysłanie listu nie obyła się bez zachęt. Rządzący rozważają dotację w wysokości 5000 euro na zakup samochodu elektrycznego lub hybrydowego, co ma pobudzić niemiecki przemysł w obliczu zagrożeń ze strony chińskiej motoryzacji.

Co ciekawe Unia daje sygnały, że można ją zaprosić do tańca, a może i na coś więcej. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Stephane Sejourne powiedział, że Unia jest gotowa wykazać się elastycznością w zakresie zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Ale niemiecki plan może się nie udać, bo wiele firm chce wprowadzenia tego zakazu. Dlaczego? Bo już poczyniło inwestycje. Frontowi zwolenników zakazu sprzedaży aut elektrycznych ma przewodzić Volvo. Ciekawe czy ma to coś wspólnego z właścicielem koncernu? Nie wiem, choć się domyślam.







































