REKLAMA

Instruktor nauki jazdy niczym lekarz psychiatra. Stresuje zwykłych ludzi

Są takie zawody, które na swój sposób wzbudzają w ludziach niepokój albo wprowadzają w poczucie dyskomfortu. Wystarczy, że ktoś nie zna mnie zbyt dobrze, ale wie, jaki zawód wykonuję i został wrobiony w podwiezienie mnie z miejsca na miejsce.

Instruktor nauki jazdy niczym lekarz psychiatra. Stresuje zwykłych ludzi
REKLAMA

Znacie ten motyw, kiedy podczas spotkania w towarzystwie rozmowa schodzi na to, kto gdzie pracuje, a wtedy jedna z zebranych osób mówi, że jest lekarzem psychiatrą? Wszystkie głosy nagle cichną, muzyka w tle zaczyna zwalniać, a w kuchni tłucze się szkło. Każdy boi się odezwać, żeby przypadkiem nie wyjść na wariata.

Dość podobnie, ale w nieco inny sposób, czuję się wykonując zawód instruktora nauki jazdy, kiedy ktoś znajomy podwozi mnie gdzieś jako pasażera. Tylko nie może być to osoba, którą dobrze znam, a ktoś zupełnie przypadkowy, na zasadzie "ej, jedziesz w tę samą stronę, weź zabierz Michała i wyrzuć po drodze".

REKLAMA

Ludzie zaczynają się stresować, że będę ich oceniał w trakcie jazdy

Nie działa to oczywiście na wszystkich, bo część osób ma na to po prostu wywalone, ale często dochodziła do mnie informacja zwrotna, pośrednio lub bezpośrednio, że fakt mojego codziennego zawodu wywoływał na takich ludziach presję.

Presję, że jako instruktor nauki jazdy będę ich oceniał i wyciągał wnioski. Że popełniają mnóstwo błędów, że słabo jeżdżą i że ogólnie są słabymi kierowcami. Jestem jak ten wspomniany powyżej lekarz psychiatra, który cały czas patrzy, słucha, zapamiętuje i wyciąga wnioski.

Nie jestem przez cały czas w pracy i potrafię się od niej odciąć

Tak samo, jak lekarz psychiatra, również instruktor nauki jazdy nie jest w pracy przez całą dobę i kiedy z niej fizycznie wychodzi, robi to też umysłowo. A przynajmniej ja tak robię, w imieniu kolegów i koleżanek po fachu nie będę się wypowiadał, ale na ile ich znam, to funkcjonują na tych samych zasadach.

A kiedy nie jestem już w pracy, w cudzym aucie robię się całkowicie pasywny. Zwyczajnie siedzę na prawym fotelu, ewentualnie rozmawiam z kierowcą po drodze, ale wcielam się po prostu w rolę typowego pasażera. Nie komentuję, nie wzdycham, w ogóle nic mnie nie interesuje - chcę tylko dojechać do celu.

Wtrącam się tylko wtedy, kiedy ktoś sam mnie o to poprosi

Nie jest też tak, że mam dla zasady kompletnie wywalone na to, jak ktoś jeździ. Tyle, że aktywny robię się dopiero wtedy, kiedy ktoś mnie poprosi o fachowy rzut okiem i jakieś konstruktywne porady.

Nie jest to oczywiście nic w rodzaju zajęć doszkalających, a raczej jedynie przekazywanie sytuacyjnych wskazówek dotyczących techniki jazdy czy niektórych przepisów ruchu drogowego. I jest to w sumie przyjemne, że ktoś nie ma oporów, aby jako doświadczony kierowca zapytać o poradę osoby mającej o tym, przynajmniej według legitymacji, większe pojęcie.

REKLAMA

Niektóre instruktorskie nawyki wszakże zostają, nawet jeżeli nie jest się już w pracy

Prawda jest taka, że o ile potrafię się odciąć od pracy i nie zwracać uwagi na czyjś sposób jazdy pod kątem oceny, o tyle pewne nawyki związane np. z obserwacją drogi i byciem w ciągłej gotowości pozostają.

Ciągłe szukanie wzrokiem dodatkowych lusterek czy szukanie stopami dodatkowych pedałów jest już tak głęboko zakorzenione, że trudno to wyrzucić z podświadomości - nawet, jeżeli jestem już poza pracą, a kierowca wzbudza moje zaufanie.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-25T12:03:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T09:11:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T19:56:40+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T17:47:05+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T16:07:44+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T14:02:17+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T11:26:27+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T09:37:23+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T08:26:17+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA