Pojechałem do Lidla na ładowarkę. Zaczęło się źle, środek średni, a na zakończenie niesmak
Przy okazji testu samochodu elektrycznego postanowiłem skorzystać ze stacji ładowania popularnego dyskontu. Miałem już dość, zanim jeszcze podpiąłem przewód ładowarki.

Przez ostatnich kilka dni testowałem elektrycznego kombivana Forda, konkretnie model E-Transit Courier, odwiedzając nim w tym czasie m.in. PSZOK, na który nie chcieli mnie wpuścić. Poza tym niefortunnym incydentem jeździło mi się jednak tym autem zaskakująco dobrze. Przynajmniej do momentu, w którym postanowiłem wypróbować jedyną na moim peerelowskim osiedlu ogólnodostępną ładowarkę.
Elektromobilność jest fajna, o ile nie mieszkasz w bloku z czasów PRL
Ja akurat w takowym mieszkam, więc absolutnie nie mam warunków, żeby móc naładować elektryka w domu – o miejscu parkingowym z własnym gniazdkiem mogę pomarzyć, a nie będę przecież spuszczać przedłużacza z okna. Dlatego poniekąd cieszyłem się na myśl o teście elektrycznego E-Transita Courier i nawet niespecjalnie zmartwił mnie komputer pokładowy wskazujący zasięg niewiele ponad 200 km przy pełnej baterii (ostatecznie udało się realnie przejechać bliżej 300 km), ponieważ oznaczało to, że wreszcie będę miał pretekst, żeby sprawdzić stację ładowania przy osiedlowym Lidlu, raptem kilkaset metrów od mojego bloku.

I oto nadszedł dzień rozstania z prasowym Fordem, więc wypadało uzupełnić trochę poziom elektronów w akumulatorze, żeby nie oddawać auta „na oparach”. Jak postanowiłem, tak zrobiłem – dumny i blady podjechałem na parking pobliskiego Lidla (wskazówka: korzystając z ładowarki, nie trzeba na szczęście brać biletu z parkometru) i stanąłem przy stacji ładowania.
Wasza wysokość jest zbyt łaskawa
Do dyspozycji miałem aż dwa złącza CCS o mocy 60 kW każde (2,40 zł/kWh z VAT) oraz gniazdo Typ 2 o mocy 22 kW (1,85 zł/kWh z VAT). Z jednej strony, to śmiesznie mała liczba jak na tak duże osiedle, z drugiej natomiast, do niedawna, żeby naładować samochód musiałem jechać do oddalonej o kilka kilometrów galerii handlowej, więc jakiś postęp jest. Inna sprawa, że zapotrzebowanie na tego typu infrastrukturę w mojej okolicy nadal jest niewielkie – przez większość dnia miejsca przy ładowarce są puste, a pojedyncze auta widuję przy niej głównie wieczorami.
Wracając do tematu, żeby skorzystać ze słabszej ładowarki AC, potrzebowałbym własnego kabla (którego na wyposażeniu testowego egzemplarza nie było), więc siłą rzeczy wybrałem opcję droższą, ale i szybszą, licząc że za kilkanaście minut będę już mógł ruszyć w dalszą drogę. Myliłem się.

Z racji, że autami elektrycznymi jeżdżę raczej sporadycznie, a ładuję je jeszcze rzadziej, uznałem, że zamiast zgłębiać tajemnice aplikacji Lidla (za pomocą której można obsługiwać nie tylko zakupy, ale także ładowarkę), zdecyduję się na opcję (pozornie…) najprostszą, czyli ładowanie bez aplikacji, przy użyciu terminala płatniczego. Następnie wybrałem, że chcę elektroniczny paragon (do wyboru są e-faktura, e-paragon lub brak potwierdzenia) i to był mój błąd.
Droga przez mękę
Żeby odebrać e-paragon, trzeba bowiem wypełnić metryczkę ze swoimi danymi, podając m.in. adres mailowy. Brzmi może niezbyt wymagająco, ale gdy zacząłem pisać na klawiaturze na ekranie dotykowym, zaczęły się schody. Wyświetlacz okazał się pochodzić z epoki piksela łupanego i działał porównywalnie z tymi w nawigacjach sprzed 20 lat.

Na każde naciśnięcie reagował z opóźnieniem, a i tak nie miałem pewności, czy wybrałem właściwą literkę. Klawisze wirtualnej klawiatury są mikroskopijne, z kolei przycisk „Backspace” został umieszczony niebezpiecznie blisko tego od zmiany języka, więc wielokrotnie zdarzyło mi się, że zamiast usuniętej literówki witał mnie interfejs po angielsku lub niemiecku. Umieszczenie tego przełącznika na klawiaturze jest o tyle bez sensu, że pod ekranem jest fizyczny guzik, który służy dokładnie do tego samego.
W końcu jednak udało mi się przebrnąć przez formularz z danymi i pozostał mi tylko wybór kraju – ta czynność okazała się już całkowicie niewykonalna. Po kliknięciu na tę rubrykę i odczekaniu odpowiedniej chwili otwierała się długa lista państw, którą nie sposób było przewinąć do PL. Szkoda, że nikt nie pomyślał, żeby domyślnie to tak ustawić.
Uznałem, że to już zignoruję i po prostu przejdę dalej. Na szczęście formularz bez wpisanego kraju przeszedł i liczyłem, że teraz to już naprawdę rozpocznie się ładowanie, bo jak na razie spędziłem ładnych kilka minut na wklepywaniu danych. Niespodzianka – dla odmiany ekran postanowił się zawiesić i mimo, że podświetlał na wyświetlaczu przycisk od startu ładowania, nie działo się nic więcej.
W oczekiwaniu na cud
Próbowałem (podobnie zresztą jak wcześniej) przecierać ekran chusteczką, cofać z powrotem do poprzedniego menu z formularzem (co akurat działało dość sprawnie), ale za każdym razem przy próbie rozpoczęcia ładowania system się zacinał. Postanowiłem więc dać mu więcej czasu do namysłu, kliknąłem co trzeba i wsiadłem do auta, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza.

Cierpliwość popłaciła. Po dłuższej chwili nadszedł długo wyczekiwany sukces i ładowanie ruszyło. W tym momencie spojrzałem na zegarek – tkwiłem przy ładowarce już od kwadransa. I nie wiem, czy bardziej śmiać się, czy płakać, ale samo ładowanie trwało dokładnie tyle samo – po kolejnym kwadransie zasięg wzrósł o satysfakcjonujące mnie prawie 100 km, więc zakończyłem proces ładowania (szczęśliwie bez większej zwłoki) i ruszyłem oddać prasowego E-Transita Courier.

Piewcy elektromobilności stale podkreślają, że przecież ładowanie elektryka nie trwa wcale dłużej od tankowania spalinówki. W tym przypadku było jednak zgoła inaczej. Nie przypominam sobie bowiem, żebym kiedykolwiek poświęcił na stacji 15 minut na uzupełnienie danych do płatności i drugie 15 minut na zatankowanie, ale widocznie taka jest cena nowoczesności. Tak że tak.



















