Na amerykańskim portalu Bring a Trailer ktoś wystawił Forda T-5. Nie, nie Volkswagena - Forda. I jeżeli wam przypomina Mustanga, to macie rację - bo to Mustang. Trochę to pogmatwane, ale po kolei.

Niewiele jest tak kultowych nazw modeli samochodów, jak Mustang. Sportowy Ford to legendarna linia modeli i nazwa dzikiego konia o wielkiej sile po prostu pasuje jak ulał. Ale samo słowo "mustang" swoim brzmieniem może wywoływać ciarki. Jednak ten model mógł nosić swojej pięknej nazwy wszędzie - w Europie Ford trafił na pewną przeszkodę.
To nie Mustang, tylko T-5
W latach sześćdziesiątych Ford chciał opchnąć Mustanga także po drugiej stronie oceanu. Jednak przy próbie rozpoczęcia sprzedaży w Niemczech Zachodnich zaprotestowała firma Krupp - jeden z największych producentów stali na świecie, choć działający także na innych płaszczyznach. Niemiecki konglomerat miał nazwę "Mustang" zarezerwowaną dla swojego samochodu ciężarowego, przez co Ford musiał obejść się smakiem.
To znaczy, nie do końca - Krupp był gotów odsprzedać Amerykanom prawa do nazwy "Mustang" za kwotę 10 tys. dol. Brzmi to jak żart, nawet po 60 latach inflacji - na dzisiejsze warunki byłoby to ok. 10 razy więcej (a na polską walutę - 360 tys. zł). Jednak Ford stwierdził że to dla niego i tak za dużo i lepiej po prostu wstawić Mustanga z nową nazwą. Wybrano oznaczenie T-5, w nawiązaniu do pierwszych prototypów auta.

Mimo zmiany nazwy, Ford nie zrezygnował z montowania kultowego emblematu z galopującym koniem na modelu T-5. Taki stan rzeczy utrzymywał się do 1979 r., gdyż rok wcześniej prawa Kruppa wygasły. Sprzedawana wówczas trzecia generacja Mustanga - tak zwany "Fox body" - mogła już nosić swoją właściwą nazwę.
Poza nazwą, T-5 to zwykły Mustang
Oczywiście jeżeli pierwszą generację Mustanga wypada nazywać "zwykłą". Opisywany egzemplarz Forda T-5 to wersja wyposażona w pakiet poprawiający prowadzenie - wzmocniony stabilizator, większe amortyzatory i sztywniejsze sprężyny (pewnie totalnie obowiązkowy dla Europejczyka). Silnik to K-Code 289 z kultowej rodziny small block, o pojemności 4,7 l, generujący 225 KM.









Nasz T-5 pochodzi z roku 1966 r. Po 15 latach w Niemczech został sprowadzony do ojczyzny, a w 2007 r. przeszedł remont generalny. W ciągu swojego żywota przejechał łącznie 128 tys. mil (206 tys. km). Na dwie godziny przed końcem aukcji na amerykańskim portalu Bring a Trailer najwyższa kwota wynosi 35 tys. dol., czyli ok. 126 tys. zł - jak za Mustanga I generacji w stanie idealnym, to adekwatna kwota.
Żarty żartami, ale Ford i Volkswagen już wymieniali się modelami
Można się śmiać z podobieństwa nazwy Forda T-5 do dostawczego Volkswagena z lat późniejszych. Ale warto wiedzieć, że Ford ma z Volkswagenem pewną historię wymieniania się modelami - warto co nieco o tym wspomnieć.
W 1987 r. po dwa pododdziały Forda i Volkswagena - z Brazylii i Argentyny - utworzyły spółkę o nazwie AutoLatina. Miała ona za zadanie współpracę, a następnie dominację na rynkach Ameryki Łacińskiej. Miała polegać na wspólnym konstruowaniu modeli, jednak ostatecznie stanęło na inżynierii znaczkowej. Pierwszym modelem był w 1989 r. Volkswagen Apollo, bazujący na Fordzie Verona/Orion. Obydwa modele miały silniki zarówno Forda, jak i Volkswagena.

W 1992 r. pojawił się następca Verony z kosmopolityczną nazwą Escort, który również dorobił się swojego odpowiednika z niemieckim logo - tym razem nazywał się on Pointer (Escort) i Logus (Orion).

Równolegle do produkcji trafiły także większe modele - te jednak dostarczył Volkswagen. Był to Passat B2, który w Amerykach był znany jako Quantum, a także (choć tu podobnie jak u nas) jako sedan Santana. Fordowskie odpowiedniki obydwu modeli to adekwatnie Royale (tylko kombi) oraz Versailles.

Jednak celu nie udało się zrealizować - wyniki były niesatysfakcjonujące i obie strony postanowiły rozwiązać współpracę z końcem roku 1995 (choć ostatnie auta wyprodukowano już w roku kolejnym). Spółka AutoLatina została rozwiązana i dzisiaj służyć wyłącznie jako ciekawostka.
Więcej o Fordach przeczytasz tutaj:



















