OC na hulajnogi to jedyna opcja. Porządek kosztuje 33 euro
Od 16 maja 2026 r. każdy włoski monopattino musi mieć tabliczkę z numerem i obowiązkowe OC. Brzmi groteskowo? Może. Ale wolałbym, żeby na polskich chodnikach też ktoś za to wszystko odpowiadał.

Włosi mają reputację drogową, której trudno im zazdrościć. Klakson zamiast kierunkowskazu, kreatywne parkowanie, wąskie uliczki traktowane jako tor sprawnościowy, lewy pas autostrady jako osobisty podjazd do baru espresso. Do prawa o ruchu drogowym gremialnie podchodzą z niemałą dawką uznaniowości. Wszyscy to znamy albo co najmniej o tym słyszeliśmy. A jednak to akurat oni wprowadzają jedne z najostrzejszych w Europie przepisów dla hulajnóg elektrycznych. Komplet rozwiązań, których w Polsce do dziś nie potrafimy nazwać po imieniu i przepchnąć przez Sejm.
Druga tura zmian
Reforma włoskiego kodeksu drogowego, czyli ustawa nr 177 z 25 listopada 2024 r., weszła w życie już 14 grudnia 2024 r. – dwa tygodnie po publikacji w Gazzetta Ufficiale. Wtedy też pojawił się obowiązek kasku dla wszystkich, niezależnie od wieku, i zakaz jazdy hulajnogą poza obszarem zabudowanym. To wymogi sprzed półtora roku, które Włosi zdążyli już swoim użytkownikom wbić do głowy.
16 maja 2026 r. stał się natomiast datą operatywną dla tabliczki (Włosi nazywają ją „targhino”) i obowiązkowego OC. Przepisy wchodzą w życie po przyjęciu dekretu z 6 marca 2026 r. i 60-dniowym okresie przejściowym. Sama tabliczka kosztuje 8,66 euro plus opłaty skarbowe i administracyjne – całościowo około 33 euro. Co ciekawe, jest przypisana do właściciela, nie do pojazdu. Sprzedajesz hulajnogę, kasujesz tabliczkę, kupujący występuje o swoją.

Polisę OC trzeba wykupić osobno – nie wystarczy rozszerzenie OC w życiu prywatnym, musi to być odrębne ubezpieczenie. Stawki startują od 25 euro rocznie. Włosi nie skorzystali z furtki, którą dyrektywa UE 2021/2118 zostawia państwom członkowskim dla pojazdów wolniejszych niż 25 km/h albo lżejszych niż 25 kg. Jak zwykle poszli swoją drogą, ale tym razem ta droga wydaje mi się lepsza.
Mandaty muszą boleć
Nagłówki straszą wysokimi mandatami. Przywoływane 800 euro pojawia się w art. 1 ust. 75-undevicies ustawy nr 160/2019, w wersji po nowelizacji z 2024 r. Tyle wynosi górna granica mandatu za jazdę hulajnogą niezgodną z wymaganiami technicznymi: brak ogranicznika prędkości, brak oznaczenia CE, „odblokowany” silnik. Kwota startowa – 200 euro.
Reszta wygląda mniej dramatycznie, choć i tak boleśniej niż polskie 100 zł:
- brak tabliczki lub OC: od 100 do 400 euro;
- brak kasku: od 50 do 250 euro;
- jazda po chodniku albo poza terenem zabudowanym: od 50 do 250 euro.
Do tego konfiskata pojazdu, jeśli silnik ma ponad 1 kW mocy ciągłej. To na wypadek, gdyby ktoś wpadł na pomysł, że jego importowany 1500-watowiec jakoś się prześlizgnie. Nie prześlizgnie się.
Tym razem to my mamy sjestę
Polski ustawodawca w 2025 r. też się obudził, tylko wybrał wersję dla początkujących. Od 3 marca 2026 r. minimalny wiek kierującego e-hulajnogą wzrósł z 10 do 13 lat. Trzy miesiące później, od 3 czerwca, dochodzi obowiązek kasku – ale wyłącznie dla osób do 16. roku życia. Dorośli mogą dalej jeździć z głową narażoną na czułe objęcia asfaltu. Tu akurat nie mam wielkich zastrzeżeń – jak chcesz sobie rozbić „ten głupi łeb”, to twoje prawo.
Do czego mam zastrzeżenia? Do całej reszty – tabliczki rejestracyjnej nie ma, OC nie ma. Mandat za brak kasku u dziecka? Od śmiesznych 20 do 100 zł – mniej niż koszt przyzwoitego kasku. Tymczasem w pierwszej połowie 2025 r. liczba wypadków z udziałem hulajnóg wzrosła o około 85%, a rok do roku o ponad 50%. W całym 2025 r. doszło do 1164 takich zdarzeń, w których zginęło 11 osób, a 1062 zostały ranne. To dane Rzecznika Finansowego, który rozpatruje spory z ubezpieczycielami, bankami i funduszami emerytalnymi.
Zamiast morału
Nie twierdzę, że trzeba ślepo kopiować Włochów. Tabliczka przyklejana do błotnika, której trzeba pilnować przy każdej zmianie właściciela, to biurokratyczne marzenie urzędnika. Ale obowiązkowe OC dla pojazdu, który potrąca pieszego z prędkością 20 km/godz.? To powinno być w Polsce oczywistością, a nie tematem konsultacji, które jakimś cudem nigdy się nie kończą.
Mandat? Oczywiście, tylko nie 20 zł, zwłaszcza gdy jest to jedyna kara, w odróżnieniu od punktów w przypadku zdarzeń z udziałem kierowców. Takie kwoty w dzisiejszych czasach nie robią na nikim wrażenia, a w konsekwencji ich wartość odstraszająca – zwłaszcza w połączeniu z równie niskim ryzykiem złapania – jest zerowa.
Trudno nie dostrzec tu ironii: Włosi, którym przez dekady wytykaliśmy, że jeżdżą, jak im się żywnie podoba, akurat na hulajnogach robią dokładnie to, co Polska powinna była zrobić rok temu. A może półtora. Pośmialiśmy się, było miło, a teraz kajeciki w dłoń i pisać te nowe przepisy, Panowie Posłowie.



















