Oto motocykl idealny dla dostawców jedzenia. Twój kebab zawsze dojedzie ciepły
Dostawcy jedzenia dostali właśnie elektryczny motocykl, który wygląda tak, jakby ktoś wreszcie usiadł i zapytał: „Czego potrzebuje człowiek wożący 14 kebabów i bubble tea przez centrum miasta?”. Problem polega na tym, że potem ktoś inny dopisał do projektu cenę.

Belgijski startup ANY pokazał model LUV1, czyli „Life Utility Vehicle”. Sama nazwa brzmi trochę jak korpomowa po trzecim espresso na brainstormingu, ale trzeba przyznać jedno – pomysł jest naprawdę sensowny.
To nie jest klasyczny motocykl ani zwykły skuter. LUV1 zaprojektowano jako coś pomiędzy jednośladem a małym pojazdem dostawczym. Belgowie najwyraźniej dostrzegli, że skoro miasta są coraz bardziej zakorkowane, a samochody zajmują pół ulicy tylko po to, żeby przewieźć jedną pizzę i napój, to może warto stworzyć pojazd bardziej praktyczny i od początku przeznaczony właśnie do takich dostaw w obrębie miasta.
Pakowny mieszczuch ze sprytnymi rozwiązaniami
I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Bo ANY LUV1 ma rzeczy, których naprawdę brakuje w miejskich jednośladach. Producent przewidział aż 120 litrów przestrzeni bagażowej, modułowe półki, dodatkowe pojemniki i możliwość konfigurowania przestrzeni pod konkretne potrzeby użytkownika. Chcesz wozić paczki? Proszę bardzo. Jedzenie? Nie ma problemu. Zakupy? Oczywiście. Według producenta motocykl można skonfigurować nawet pod przewóz zwierząt.

Najbardziej rozczulający jest jednak bieg wsteczny. Tak, LUV1 naprawdę ma tryb cofania. W normalnym motocyklu brzmiałoby to jak funkcja wymyślona przez dział marketingu. Ale każdy kurier, który próbował wyprowadzić załadowany skuter z ciasnej wnęki między słupkiem a wielkim SUV-em, właśnie kiwa głową ze zrozumieniem.
Pod względem parametrów też wygląda to całkiem rozsądnie. LUV1 ma osiągać około 100 km/godz., oferować 11 kW mocy i do 140 km zasięgu. A w zestawie klienci otrzymają dwie wymienne baterie litowo-jonowe o łącznej pojemności 6,5 kWh. Masa wynosi około 160 kg. Typowe liczby dla większości motocykli klasy 125 cm3 albo ich elektrycznych odpowiedników. Do miasta – więcej niż wystarczająco. Zwłaszcza że większość dostaw odbywa się na krótkich dystansach i obejmuje liczne postoje pod restauracjami i u klientów.
Zamysł super, a i tak nikt go nie kupi
Brzmi za dobrze, żeby było prawdziwe? To pewnie dlatego, że tak jest. O ile na papierze taki wehikuł to mokry sen kurierów Glovo i Uber Eats, to potem wjeżdża cena. I nagle cały ten rozsądek zaczyna się chwiać jak wieża z pustych pudełek po pizzy.
ANY szacuje, że LUV1 będzie kosztował od 7000 do 10 000 euro. Czyli mniej więcej od 30 000 do ponad 43 000 zł. Za motocykl do rozwożenia jedzenia.

Oczywiście można powiedzieć, że elektryki mają niższe koszty eksploatacji, że miasta będą coraz bardziej ograniczać spalinówki i że firmy kurierskie coraz mocniej patrzą na kwestie ekologii. Tyle że ekonomia dostaw jedzenia działa trochę inaczej niż prezentacje startupów podczas Milano Design Week.
W realnym świecie kurierzy bardzo często jeżdżą starymi skuterami 125 cm3, które kosztują tyle co nowy iPhone. Naprawiają je trytytką, części kupują na OLX, a ich największą przewagą jest to, że odpalają latem, zimą, w deszczu i śniegu. I dowożą. Rynek miejskich dostaw działa brutalnie – liczy się niski koszt wejścia i tania eksploatacja. Pojazd za ponad 40 000 zł kompletnie nie pasuje do rzeczywistości człowieka, który liczy każdy kurs i każdą złotówkę wydaną na sprzęt. To trochę tak, jakby ktoś stworzył idealną taczkę dla budowlańców, ale wycenił ją jak Audi A4.
Zwłaszcza że konkurencja już istnieje. Rynek elektrycznych jednośladów miejskich jest pełen znacznie tańszych konstrukcji z Chin i Tajwanu. Nie mają designerskiego nadwozia, premier w Mediolanie, nie nazywają się „Life Utility Vehicle” i raczej nie pojawią się w muzeum sztuki nowoczesnej, ale dowożą jedzenie dokładnie tak samo skutecznie, a przy tym wielokrotnie taniej.
I właśnie dlatego ANY LUV1 jest jednocześnie świetnym i kompletnie absurdalnym pomysłem. Belgowie naprawdę stworzyli idealny motocykl dla dostawców Glovo, ale chyba tylko tych, którzy jeżdżą po Dubaju i zgarniają tamtejsze „napiwki”. Chociaż nie, bo tam influencerzy nie płacą albo oferują filmik na social mediach. Więc nawet z tej strony nie ma to sensu.



















