REKLAMA
  1. Autoblog
  2. Bezpieczeństwo ruchu drogowego

Właściciel trwał na dziobie swojego Ferrari. W rzece działy się sceny jak z Titanica

Niewinna stłuczka na szwajcarskiej prowincji skończyła się pechowo dla dzieła włoskiej inżynierii. Ferrari 488 Pista wpadło do rzeki, stając się lokalną (i nie tylko) sensacją.

16.05.2024
20:30
Właściciel trwał na dziobie swojego Ferrari. W rzece działy się sceny jak z Titanica
REKLAMA

Dwa samochody z niewyjaśnionych jeszcze przyczyn lekko się zderzyły, prawdopodobnie podczas wyprzedzania. Oto, jak brzmi początek opisu zdarzenia, do którego doszło w wiosce Garstatt na trasie z między Boltigen a Zweisimmen w Szwajcarii. Nie brzmi jak powód do uniesienia brwi, nawet biorąc pod uwagę fakt, że w tym kraju raczej nie dochodzi do zbyt wielu wypadków ani kolizji. Trasa między Boltigen a Zweisimmen uchodzi zresztą za dość niebezpieczną i różne zdarzenia są na niej niemalże codziennością. 

REKLAMA

Robi się ciekawiej, gdy zobaczymy, jakie auto wzięło udział w kolizji

To Ferrari 488 Pista, czyli samochód z czterolitrowym V8 osiągającym aż 720 KM. Kosztuje nawet trzy miliony złotych (dokładniej - za tyle warszawski salon sprzedaje czteroletni egzemplarz z przebiegiem ponad 9000 km) i zapewnia osiągi, przy których szwajcarscy legislatorzy osiwieliby w minutę. Żeby było jasne - na tę chwilę nie wiadomo, czy to ich (osiągów, nie legislatorów) nadmierne wykorzystywanie było powodem kolizji.

Poza tym, jest jeszcze jedna sprawa, przez którą zdarzenie z Garstatt trafiło do mediów. Ferrari po zderzeniu wpadło do rzeki. To prawdziwy pech, choć podobno w tym miejscu - jak donoszą lokalne media - miało to już miejsce.

Na szczęście nikomu nic się nie stało

Możemy pozwolić sobie na frywolny tytuł i luźny ton tego artykułu, ponieważ nikt nie odniósł obrażeń. Sprawa wyglądała jednak poważnie, a kierowca Ferrari przez wiele minut znalazł się w położeniu nie do pozazdroszczenia. Udało mu bowiem sprawnie wydostać się z auta, które - na szczęście - nie płynęło w dół rzeki, a oparło się na kamieniu. Był już jednak na tyle daleko od brzegu, że nie pozostało mu nic innego niż tylko czekanie na ratunek. Spędził więc sporo czasu, siedząc lub kucając na masce i przedniej szybie swojego wozu. W końcu na miejsce dotarły trzy wozy strażackie, wezwane przez gapiów, którzy na miejscu zdarzenia znaleźli się błyskawicznie (i nagrywali człowieka z Ferrari i jego niewesołe położenie). Zanim strażacy zdołali dotrzeć do kierowcy ze specjalną drabiną umożliwiającą mu dostanie się na brzeg suchą stopą, minęło aż czterdzieści minut. To musiało się dłużyć.

Ferrari zostało wyciągnięte na brzeg

REKLAMA

Jego uszkodzenia wynikające z wypadku i z nieplanowanego rejsu nie są duże. Niestety, woda zapewne poczyniła na tyle duże spustoszenia, że 488 Pista nie nadaje się już do niczego. Jak widać, sporty wodne nie służą włoskiemu autu.

A teraz wyobraźcie sobie, że jedziecie autem po wiejskiej drodze np. bez prawa jazdy („zabrali mi na trzy miesiące, ale muszę dojechać trzy kilometry, przecież nic się nie stanie”) albo po dwóch piwach („sklep jest za rogiem, nie złapią mnie). Przez chwilę nieuwagi doprowadzacie do drobnej stłuczki z Ferrari. Po uderzeniu widzicie tylko, jak osuwa się w stronę rzeki. Co dzieje się dalej? „Regres od ubezpieczyciela” to słowo, które zapamiętacie potem już do końca życia. 

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA