W starych dokumentach trafiliśmy na ślad Ferrari, które w latach 70. było zarejestrowane na warszawskim Mokotowie. Okazało się, że istnieje do dziś.

Przeprowadzone w czerwcu 2024 roku wielkie czyszczenie bazy CEPiK przyniosło bardzo pozytywne skutki. Usunięcie „martwych dusz” z rejestru nie tylko pozwoliło statystycznie zmniejszyć i odmłodzić park samochodów osobowych w Polsce, ale także dostarczyło wielu interesujących danych. Każdy powiat musiał bowiem opublikować listę wyrejestrowanych pojazdów.
Dzięki temu odkryliśmy „polskie Ferrari”
Dla takich ludzi, jak ja, siedzących w temacie starych aut i tablic rejestracyjnych, wspomniane zestawienia są prawdziwą kopalnią wiedzy i ciekawostek. Niniejsza historia jest tego najlepszym dowodem.
Pewnego dnia napisał do mnie mój bardzo dobry kolega, żeby podzielić się odkryciem, którego dokonał jego znajomy podczas wertowania listy wyrejestrowanych aut z warszawskiego Mokotowa. Spośród tysięcy Maluchów, wyrobów z FSO i innych demoludów udało mu się wyłuskać te nieco bardziej nietypowe modele. Zerknąłem na przygotowaną przez niego tabelkę i w jednej chwili zamarłem. Widniało na niej... Ferrari!

W pierwszym momencie pomyślałem oczywiście o Panu Samochodziku. Czyżby w opowieści z książek Zbigniewa Nienackiego tkwiło ziarnko prawdy? Może to właśnie ten egzemplarz został rozbity przez bogatego Włocha na drodze do Zakopanego? Raczej wątpliwe – to inny model i nie te lata.
Wróćmy więc do „naszego” egzemplarza
Zgodnie z tym, co można wyczytać w opublikowanym przez warszawski ratusz zestawieniu, chodzi o Ferrari 330 GT z 1967 roku. Model ten był produkowany w latach 1963-1967, czyli w tym przypadku mówimy o aucie z II serii, która charakteryzuje się m.in. pojedynczymi reflektorami (I seria miała podwójne). Do jego napędu przewidziano 4-litrowe V12 o mocy 300 KM, sprzęgnięte z 5-biegową skrzynią manualną i pozwalające rozpędzić się do 245 km/h.

Ten dokładnie egzemplarz został zarejestrowany na Mokotowie 11 maja 1979 roku i otrzymał numery WAG 7021. Czy to oznacza, że dopiero wtedy trafił do Polski, czy może jeździł po naszych drogach także wcześniej, a tego dnia został tylko przerejestrowany? Tego prawdopodobnie nie da się już jednoznacznie rozstrzygnąć.
Dlatego postanowiłem chociaż ustalić, czy ten samochód w ogóle jeszcze istnieje, czy może faktycznie dawno temu zgnił na jakiejś podwarszawskiej posesji, a teraz tylko formalnie zakończono jego żywot. Dzięki pomocy wujka Google nie musiałem dłużej spekulować – okazało się, że ktoś założył stronę poświęconą temu konkretnemu modelowi Ferrari i prowadzi szczegółową ewidencję istniejących egzemplarzy. A ja przecież dysponowałem tak cenną informacją, jak numer VIN.

Odszukałem więc na liście wpis dotyczący egzemplarza o numerze nadwozia 9349 i… znów zamarłem przed ekranem. Nie dość, że on nadal istnieje, to jeszcze w jego historii jest spora luka, w którą „polski wątek” idealnie się wpasowuje. Co zatem wiadomo o Ferrari, które pod koniec lat 70. było zarejestrowane na warszawskim Mokotowie?
Historia „polskiego Ferrari” krok po kroku
Wygląda na to, że widniejący w polskich dokumentach rocznik 1967 jest błędny – „nasze” Ferrari zostało bowiem wyprodukowane 16 grudnia 1966 roku, ale rzeczywiście prawdopodobnie dopiero w następnym trafiło do Belgii w ręce pierwszego właściciela. Kolejna adnotacja dotyczy już zakupu w Niemczech przez trzeciego właściciela, co miało miejsce w 1982 lub 1983 roku. Wynika z tego, że osoba, która zarejestrowała to auto w 1979 roku w Warszawie, była jego drugim właścicielem.
W Niemczech opisywany egzemplarz dostał numer rejestracyjny MS CL330, co wskazuje na miasto Munster w północno-zachodniej części kraju. Trzeci właściciel miał ten samochód przez ponad 35 lat, ale w 2019 roku w końcu go sprzedał.

Dwa lata później Ferrari ponownie trafiło do ogłoszeń i za kwotę ok. 300 000 euro (ok. 1,3-1,4 mln zł po ówczesnym kursie) kupił je aktualny, piąty właściciel. Auto jest obecnie zarejestrowane jako pojazd historyczny i porusza się na tablicach RP F330H z Rhein-Pfalz-Kreis w południowo-zachodniej części Niemiec.
Pozostaje więc cieszyć się, że „polskie Ferrari” nadal żyje i nie skończyło gdzieś za stodołą na mazowieckiej wsi. Osobiście mam też dużą satysfakcję, że nasze odkrycie pozwala przynajmniej częściowo uzupełnić historię tego egzemplarza, dodając do niej całkiem istotne i nieznane dotąd informacje.







































