Milionerzy też chcą mniej wydawać. Możesz zaoszczędzić na Bugatti
Sprowadzanie uszkodzonych samochodów ze Stanów Zjednoczonych to popularny sposób na to, by móc zadać szyku za niższą cenę. Odpowiednio szukając, można trafić nawet na przeceniony hipersamochód.

Świetne osiągi, prestiżowy wygląd, doskonałe wyposażenie, a to wszystko za co najmniej 30 procent mniej niż przy zakupie auta z rynku europejskiego. Oto co przyciąga ludzi do sprowadzania samochodów ze Stanów Zjednoczonych. Słowem: jest taniej, choć niemal zawsze mamy do czynienia z samochodami powypadkowymi. Dla niektórych to czynnik dyskwalifikujący, a inni doceniają, że mogą sobie obejrzeć na zdjęciach z aukcji, jak wóz wyglądał po uderzeniu i potem samemu naprawić. Argumentują, że gdy kupią auto z Europy, to pewnie też było bite, ale w sposób bardziej tajemniczy.
I tak głównie chodzi o pieniądze
Każdy lubi oszczędzać - i stąd popularność wozów zza Oceanu. Mogłoby się jednak wydawać, że na pewnym poziomie finansowym samochody nie trafiają już na „plebejskie” platformy do licytacji, takie jak Copart i ich sprzedażą zajmują się raczej domy aukcyjne i ludzie, którzy noszą fular.
Nic bardziej mylnego - i dowiemy się tego, przeglądając polskie Otomoto (LINK). Można tam bowiem znaleźć Bugatti Chiron z 2021 roku. Taki samochód wytwarza 1500 KM i 1600 Nm z ośmiolitrowego W12. Rozpędza się do 100 km/h w 2,4 s i może maksymalnie mknąć 420 km/h (szybkość ograniczona elektronicznie). Oprócz tego jest kolekcjonerską perełką dla najbogatszych, z doskonałym, biżuteryjnym wykończeniem, najdroższymi materiałami i wybitnie wysokimi cenami.

Gdy Chiron był nowy, kosztował ok. 2,5 miliona euro bez podatków (czyli niemal 11 mln zł), ale wersje specjalne wyceniano jeszcze wyżej. Ta o nazwie Pur Sport kosztowała 3 miliony euro. Teraz za Bugatti z „drugiej ręki” trzeba zapłacić jeszcze więcej. Za Pur Sporta - nawet 5 mln euro.
Ale Bugatti z Otomoto jest uszkodzone

Na zdjęciach w ogłoszeniu widać, że zniszczenia egzemplarza właśnie w wersji Pur Sport w nietypowym (nawet jak na Bugatti) fioletowym lakierze nie są wielkie. Ot, ktoś trafił przodem w inne auto albo w jakiś murek, ale niespecjalnie mocno. W środku „wyszła” poduszka powietrzna kierowcy, ale sprawa nie wygląda na koszmar blacharza. Gdybyśmy mówili o Passacie albo Audi A4, można by powiedzieć, że to wręcz kosmetyczna sprawa. Na tle innych aut z USA, tak trafiony wóz byłby wręcz bezwypadkowy.

No właśnie - opisywane Bugatti jest wystawione na aukcji Copart. Z tego co widzę, to drugi Chiron w historii tych licytacji aut przeprowadzanych przez amerykańskie ubezpieczalnie. Pierwszy, czerwony, został sprzedany za ok. 1,7 mln dolarów (6,2 mln zł). Był częściowo, choć niezbyt mocno, spalony.

Co ultradrogie W12 robi na Otomoto? Wystawił je pewien przedsiębiorca, który zapewne ma dostęp do aukcji i chętnie sprowadzi nam Bugatti. „Co tu opisywać to Bugatti” - napisał. Wpisana w ogłoszeniu cena auta to 3 999 999 euro, ale jest to kwota przewidywana, a ostateczna zależy od tego, za ile wóz uda się wylicytować. Kwestie tego, czy warto tu jeszcze płacić pośrednikowi, zostawiamy potencjalnemu nabywcy. 3 999 999 euro to w przeliczeniu 17 mln złotych.

Czy to się opłaca?
Zakładając, że „zdrowy” egzemplarz kosztuje 5 milionów euro (21,3 mln zł), oszczędność wydaje się niekiepska. Koszty naprawy mogą jednak być - i na pewno będą - astronomiczne. Sam błotnik kosztuje ok. 400 tys. zł, a grill - 320 tys. zł.
Pamiętajmy też, że do kwoty trzeba doliczyć podatki, opłaty za sprowadzenie i różnego rodzaju prowizje (przy tych cenach na pewno olbrzymie). Słowem: żeby całość mogła się opłacać, wóz musiałby „pójść” może za 10 milionów złotych. A i tak trzeba będzie w radiu słuchać stacji tylko na nieparzystych częstotliwościach.
Sprowadzanie aut ze Stanów Zjednoczonych nie zawsze się opłaca. Mam kolegę, który ściągnął sobie BMW, a po opłaceniu wszystkich podatków, czekaniu na części, radzeniu sobie z dodatkowymi problemami i ukrytymi uszkodzeniami (które na pewno się pojawią) wyszło na to, że za tyle samo kupiłby bezwypadkowy egzemplarz z Niemiec, tyle że mógłby nim jeździć od razu, a nie przez pół roku wozić od serwisu do serwisu. Uważajcie, bo z tym Bugatti może być podobnie. W końcu chytry traci dwa razy…