Volkswagen będzie jak Stellantis. Nie potrzebujecie tylu samochodów
Grupa Volkswagen znajduje się obecnie w coraz gorszym położeniu. Koncern musi szukać jakichś rozwiązań, a ciężko wymyślić coś innego, niż tylko więcej cięć. Nowy plan zakłada przejście na format podobny do koncernu Stellantis - ograniczenia różnorodności płyt podłogowych, czy silników.

Pierwsze cztery miesiące 2026 roku minęły Volkswagenowi słabo. Wszystkie marki samochodów odnotowały spadek sprzedaży, a jedynym mini-pocieszeniem był wyjątek w postaci Skody. Dyrektor finansowy i operacyjny koncernu VAG Arno Antlitz zwraca uwagę, że wzrost popularności chińskich marek w Europie wywiera swoistą presję, a cła w Stanach Zjednoczonych odbiły się negatywnie na kondycji finansowej firmy.
Trzeba zatem szukać rozwiązań. W tym momencie - coraz bardziej radykalnych.
Model a la Stellantis
W niedawnym liście do akcjonariuszy koncernu, Antlitz deklarował potrzebę zmian:
Musimy gruntownie przekształcić nasz model biznesowy i osiągnąć strukturalne, zrównoważone usprawnienia. Obejmuje to poprawę struktury kosztów naszych pojazdów bez uszczerbku dla istoty produktu, znaczną redukcję kosztów ogólnych, zwiększenie wydajności naszych zakładów oraz przyspieszenie rozwoju technologii i procesu decyzyjnego.
Oznacza to mniej więcej tyle, że grupa VAG chce obniżyć koszty bez uszczerbku na jakości, jednocześnie przyspieszając rozwój, aby szybciej wprowadzać na rynek nowe produkty. A najłatwiej będzie to zrobić poprzez - jak to nazwał Antlitz - "zmniejszenie złożoności portfela produktów i platform technologicznych". Innymi słowy, niektóre modele, bądź ich odmiany mogą zostać wycofane, a i liczba płyt podłogowych używanych do konstruowania nowych aut może się zmniejszyć.

Czy to będzie dobre rozwiązanie?
Podobny schemat znamy już w koncernie Stellantis - jedna płyta podłogowa do kilku modeli to normalka, a silnik PureTech wkładano do połowy produktów koncernu. Niestety, nie jest to najbardziej lubiana przez fanów koncepcja, która spotyka się z coraz silniejszą krytyką.
Kiedyś było nawet gorzej - niesławny koncern British Leyland, potrafił mieć w portfolio kilka marek, których produkty nie różniły się w zasadzie niczym między sobą, oprócz poziomu wyposażenia (Rover, Riley, Vanden Plas). Podobnie do Brytyjczyków robili także Amerykanie, którzy z biegiem lat musieli pożegnać około połowy swoich marek (szczególnie w obrębie koncernu General Motors).
Oczywiście nie twierdzę, że Volkswagena czeka podobny los, co British Leyland (zaryzykuję stwierdzenie, że nawet Stellantisowi jest do tego obecnie daleko). Cały koncern ma zbyt mocne podwaliny i zbyt dobrze ugruntowaną pozycję na wielu rynkach świata, żeby miał go czekać krach.
Co nie zmienia faktu, że zmiany są potrzebne i to na już. W lipcu 2025 r. Oliver Blume - ówcześnie prezes Porsche - informował pracowników w wewnętrznym liście, że dotychczasowy model biznesowy koncernu przestał dawać sobie radę i sygnalizował potrzeby zmian.
Zobaczymy zatem, co nas właściwie czeka. Miejmy tylko nadzieję, że w VAG pracują mądrzejsi ludzie niż w Stellantis i nikt nie będzie nam wciskał Seata Ibizy ze znaczkiem i ceną Audi.
Więcej o Volkswagenach przeczytasz tutaj:



















