Wiem już co się stanie, gdy rozpędzę samochód elektryczny do maksymalnej prędkości? Wyniki mojego testu przyniosły zaskoczenie.

Czasem w mojej pracy robię rzeczy nieszablonowe, takie, które są totalnie poza systemem. Tym razem postanowiłem sprawdzić jak to jest jeździć busem, ale żeby nie było tak łatwo, to był to bus elektryczny. Mówią, że bus musi latać, więc rozpędziłem go do prędkości maksymalnej. Oto czego się dowiedziałem.
Rozpędziłem samochód elektryczny do prędkości maksymalnej - czy warto było szaleć tak?
Myślicie zapewne, że opowiem wam o gwałtownych przyspieszeniach, o walce z innym kierowcami, a część z was profilaktycznie pisze już do najbliższej jednostki policji, żeby na mnie donieść, że łamię prawo. Nic z tych rzeczy, bo jechałem samochodem, który maksymalnie mógł wyciągnąć 120 km/h. Nazywał się Maxus e-Delivery 7, był elektrycznym busem, a o jego maksymalnej prędkości informowała wielka czerwona naklejka na osłonie przeciwsłonecznej.

Miałem udać się nim do Warszawy, więc czekała mnie jazda ekspresówką, gdzie maksymalnie dozwolona prędkość wynosiła 120 km/h, więc mogłem sprawdzić, co się stanie, gdy uda mi się rozpędzić to auto do maksimum.
Maxus e-Delivery 7 nie jest mistrzem sprintu, więc trochę to trwało i po dłuższej chwili zobaczyłem na liczniku 120 km/h, ale auto rozpędzało się dalej - do licznikowych 130-135 km/h, ale nawigacja w telefonie pokazywała, że jadę 120 km/h, więc trochę ten licznik zawyża.

Jednak krótko po osiągnięciu maksymalnej prędkości samochodu zwolniłem. Nie dlatego, że bałem się o życie albo samochód zaczął się inaczej zachowywać. Nic z tych rzeczy. Przeraziło mnie zużycie prądu. Wyświetlacz pokazywał ponad 60 kWh na 100 km, a zasięg zaczął znikać w oczach. Nie miałem go zbyt dużo, więc zmniejszyłem prędkość. Przy jeździe na tempomacie ze stałą prędkością 95 km/h auto zużywało przyzwoite 24 kWh na 100 km. Pozwoliło mi to dojechać do Warszawy z zapasem 30 km (ruszyłem w podróż o długości 168 km z zasięgiem 276 km, więc wiem co to jest ryzyko).

Kilka dni wcześniej odbywałem podróż tą samą trasą w Renault 4, które przy jeździe 110 km/h zużywało 20 kWh, ale tam miałem większy problem. Maleńkie Renault musiało walczyć z silnymi podmuchami wiatru i jazdą pod górkę. Przy 120 km/h było już 22 kWh, a wyższe prędkości wiązałyby się z szybkim wyczerpaniem się baterii o pojemności 52 kWh. Co najlepsze - mój redakcyjny kolega pokonywał odwrotną trasę z tempomatem ustawionym na 120 km/h w bezwietrzny dzień i wtedy miał zużycie rzędu 18 kWh na 100 km.

Te dwie przejażdżki brutalnie uświadamiają mi kilka rzeczy - trzymanie się ograniczeń prędkości ma pozytywne skutki oraz to, że samochód elektryczny jest bardzo uzależniony od warunków atmosferycznych panujących na trasie. Dopóki jeździ się po mieście lub po drogach krajowych, to zużycie jest niewielkie, ale wystarczy wyjechać na drogę ekspresową i nigdy nie będziemy wiedzieć ile faktycznie zużyje nam auto. Co tylko potwierdza moją tezę, że samochód elektryczny jest najlepszym autem do miasta, a na trasy warto mieć inne auto. Inaczej możemy się niemiło zdziwić, gdy mocniej wciśniemy gaz. Nic tak nie leczy z chęci przyspieszania, jak wizja kilkunastominutowego postoju na ładowarce.
Więcej nietypowych przeżyć motoryzacyjnych poznasz po lekturze tych artykułów: