Jesteś chory, to masz pecha. Dla ministerstwa parking przy szpitalu jest święty
Opłaty parkingowe pod szpitalami to temat co najmniej kontrowersyjny, również ze względu na swoją długą brodę. To też temat wyjątkowo sprawiedliwy, bo dotykający nas wszystkich. Wszystkich oprócz urzędników.

Ostatnie, czego potrzebujemy przed wizytą w szpitalu to drakońskie opłaty za parkowanie, znacznie przekraczające standardowe stawki miejskie, czy przebieżki po nierzadko dużej powierzchni w poszukiwaniu parkometru. Do tego dochodzi nadaktywność kontrolerów, którzy krążą nad samochodową padliną, wypatrując przewinień, a dwie-trzy minuty spóźnienia wiążą się z sowitą opłatą karną.
W ten sposób do stresu związanego ze zdrowiem swoim czy swoich bliskich administracja szpitala dokłada nam ten związany z tykającym za plecami parkometrem. Sam niejednokrotnie przez to przechodziłem. Ile mam czasu? A jeśli lekarz zatrzyma mnie dłużej? A jeśli będzie kolejka w rejestracji? Wystarczy kilka minut, żeby prywatny operator zgłosił się po kilkaset złotych kary umownej.

Problem jest realny, ogólnopolski i – jak się ponownie okazuje – kompletnie nieinteresujący dla Ministerstwa Zdrowia.
Posłanka pyta – minister udaje, że odpowiada
Posłanka Małgorzata Pępek złożyła interpelację poselską do ministra zdrowia, zwracając uwagę na coraz powszechniejszy proceder: szpitale publiczne oddają swoje parkingi w dzierżawę prywatnym operatorom, którzy urządzają na nich regularne polowania na pacjentów i odwiedzających. W wielu miejscach w Polsce brakuje jakichkolwiek jednolitych zasad – nie ma ustawowych limitów stawek, nie ma obowiązku zapewnienia bezpłatnych miejsc dla pacjentów, nie ma minimalnego darmowego czasu postoju. Nie ma też żadnych szczególnych uprawnień dla osób z niepełnosprawnościami, kobiet w ciąży ani opiekunów osób hospitalizowanych.
Posłanka zapytała wprost: czy minister zamierza uregulować tę kwestię? Czy państwo w ogóle dostrzega problem?
Odpowiedź reprezentującego resort zdrowia Tomasza Maciejewskiego jest wzorcowym przykładem ministerialnej ekwilibrystyki słownej z gatunku „Odpowiadam na pytanie, które nie padło”. Jej treść można streścić w jednym zdaniu: to nie nasz problem, radźcie sobie sami.
Parkingi to nie świadczenie zdrowotne
Ustami Maciejewskiego ministerstwo poinformowało, że infrastruktura parkingowa nie jest świadczeniem opieki zdrowotnej w rozumieniu ustawy i nie jest finansowana ze środków publicznych. To kluczowe zdanie pozwala resortowi wygodnie odciąć się od całego problemu. Za zarządzanie szpitalami odpowiadają dyrektorzy, a skoro dyrektor podpisał umowę dzierżawy z prywatnym operatorem, to jest to „niewidzialna ręka rynku”, z którą państwo siłować się nie zamierza.
Ministerstwo dostrzegło wprawdzie, że szpital może w teorii w umowie z dzierżawcą zastrzec preferencyjne stawki albo zwolnienie z opłat dla niektórych grup pacjentów, ale na tym entuzjazm resortu się kończy. Żadnego obowiązku, żadnego standardu, żadnej regulacji. Czysta uznaniowość dyrektora. Trudno się zatem spodziewać, że dyrektorzy w większości niedofinansowanych szpitali dobrowolnie zrezygnują z regularnego zastrzyku pieniędzy. Innymi słowy: masz szczęście, jeśli trafisz na szpital z ludzkim podejściem. Jeśli nie – peszek.
Problem nie jest nowy, ale nikt nie chce go rozwiązać
Warto podkreślić, że nie jest to pierwsza interwencja w tej sprawie. Rzecznik Praw Obywatelskich zwracał się do ministra zdrowia w identycznym temacie już w 2018 roku. Adam Bodnar wskazywał wtedy, że wygórowane opłaty parkingowe przy szpitalach mogą realnie ograniczać prawa pacjentów – w tym prawo do kontaktu z bliskimi i prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej. Szczególnie poszkodowane są osoby starsze i z niepełnosprawnościami. Pacjent to nie klient centrum handlowego – nie ma wyboru, nie może po prostu pojechać do innego szpitala z tańszym parkowaniem.
RPO sugerował wówczas konkretne rozwiązania: uzależnienie prawa do dzierżawy przyszpitalnego terenu od zobowiązania się operatora do niestosowania kar umownych oraz ustalenie maksymalnych stawek opłat. Odpowiedź ówczesnego ministra była wtedy niemal identyczna jak dziś: ewentualne zmiany można by rozważyć tylko wobec parkingów bezpośrednio należących do szpitali, a i to z zastrzeżeniami, bo własność prywatna, wolny rynek, nie można ingerować.
Minęło siedem lat. Ekipa się zmieniła. Odpowiedź pozostała ta sama.
Parkomat ważniejszy niż minister
Przy braku jakichkolwiek regulacji dzieje się to, czego można się było spodziewać: pełna dowolność i kreatywna przedsiębiorczość. W jednych szpitalach pierwsza godzina jest bezpłatna, w innych parkomat zaczyna tykać natychmiast po uniesieniu szlabanu. Stawki różnią się trzy- i czterokrotnie w zależności od placówki. Niektóre szpitale, co prawda, przeznaczają dochody z parkingów na pokrycie podatku od nieruchomości (co przynajmniej tłumaczy skąd wziął się ten pomysł), ale nie zmienia to faktu, że ktoś właśnie płaci kilkaset złotych kary za to, że przy ojcu po wylewie nie patrzył na zegarek.

W mediach społecznościowych można trafić na dziesiątki relacji: operator twierdzi, że regulamin był wywieszony przy wjeździe, że zgoda na parkowanie jest dorozumiana, że faktura wystawiona prawidłowo. Pacjent twierdzi, że dowiedział się właśnie, że jego dziecko trafia na onkologię, więc jakoś umknęła mu lektura cennika przy szlabanie. Kto ma rację? To już sprawa dla sądu. Ministerstwo umywa ręce.
Szpital to nie sklep. Pacjent nie ma wyboru
Jest jeden argument, który w tej debacie pojawia się od lat i wydaje się oczywisty, choć najwidoczniej nie dla urzędników: człowiek jadący do centrum handlowego może wybrać inne centrum handlowe, jeśli parking jest za drogi. Pacjent jadący do szpitala z wyznaczonym terminem operacji, na SOR albo do hospitalizowanego rodzica nie ma żadnego wyboru. Musi tam być. I płaci tyle, ile mu każą. To fundamentalna różnica, której polskie prawo zdrowotne konsekwentnie nie chce dostrzec.
Rozwiązanie jest proste, ale trudne
Co z tym zrobić? Nic skomplikowanego. Wystarczyłoby kilka zdań w ustawie o działalności leczniczej: obowiązek bezpłatnego pierwszego postoju (choćby 30 minut), górny limit stawek godzinowych, zakaz stosowania kar umownych wobec pacjentów, obowiązkowe wolne miejsca przy SOR-ach bez opłat. I gotowe. Nie trzeba rewolucji. Potrzeba odrobina woli politycznej i refleksji, że szpital to jednak nie centrum usługowe. Takiej refleksji jednak brakuje.
Dopóki ministerstwo będzie traktować parking przed szpitalem jak prywatny interes dyrektora placówki, a nie element systemu opieki zdrowotnej, pacjenci będą zostawiani sam na sam z parkometrem i regulaminem napisanym przez prawników prywatnego operatora. I nikomu z tym nie będzie do twarzy – poza może samymi operatorami parkingów.



















