Słuchałem, co mówią o nowej klasie S. Nie zorientowałem się, że mówią o samochodzie
Obejrzałem recenzję nowej s-klasy na YouTube. Człowiek czasem lubi sobie popatrzeć na motoryzacyjne dobro luksusowe, którego nigdy nie kupi, ale przynajmniej może przez chwilę poczuć się jak niemiecki chirurg z leasingiem na własną klinikę i problemem „czy brać pakiet AMG Night Plus Premium Executive”.

Obejrzałem, ale podczas oglądania naszła mnie pewna myśl, która przekuła się w pytanie do Was. Zanim przejdziecie do dalszej części tekstu, zgadnijcie, ile czasu w 18-minutowej recenzji poświęcono ekranom.
Gdyby to chcieć przeliczyć na procenty, to pewnie byłoby to mniej więcej tyle, ile procentowo te ekrany zajmują we wnętrzu. Nie wiem, strzelam. I nie jest to kwestia jednej recenzji i jednego jutubera. To jest już trend, którego nie sposób nie zauważyć.

Ciekawi mnie, na ile jest to już „normalne” i tylko mnie dziwi. No ale mnie nadal dziwi. A nade wszystko smuci.
Gotowi?
Sześć minut i dwadzieścia sekund.
Prawie sześć i pół minuty!
To mniej więcej tyle czasu, ile przeciętny Polak poświęca własnym dzieciom między wydaniem im śniadania do szkoły a wygonieniem do mycia zębów wieczorem.
I to nie koniec, bo później były jeszcze dwie dokładki. Jeszcze dwa razy wracaliśmy do ambientowego podświetlenia, interfejsu i „niesamowitej responsywności systemu”. Bo przecież nie omówiliśmy wystarczająco dokładnie animacji po uruchomieniu auta oraz tego, że podświetlenie może pulsować w rytm muzyki. A z tyłu pasażerowie mają dwa osobne smartfono-piloto-ekraniki do sterowania. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy oglądam recenzję samochodu, czy unboxing telewizora OLED z funkcją przewożenia ludzi.
W praktyce blisko połowę czasu recenzji nowego Mercedesa s580e zajęły ekrany i światełka.
Wszystko jest ekranem
Kiedyś recenzja auta wyglądała inaczej. Był silnik. Było zawieszenie. Był jakiś łysy facet w kurtce softshellowej, który mówił: „przód lekko ucieka, ale tył fajnie pracuje przy odjęciu gazu”. Ktoś inny mówił, że „prowadzi się sztywno, ale pewnie”, a potem pokazywał, jak auto wychodzi bokiem z zakrętu. Była skrzynia, był dźwięk…
Dziś recenzent siedzi przez siedem minut na parkingu pod centrum handlowym i pokazuje, że można zmienić kolor podświetlenia wnętrza na „mistyczny bursztyn”. Samochód kosztuje tyle co trzypokojowe mieszkanie w Łodzi, ale najważniejsze jest to, że po powiedzeniu „Hej Mercedes” auto odpowiada głosem spokojnej stewardesy z lotów międzykontynentalnych.
A jazda? „Smooth”. Naprawdę. Padły dwa zdania o prowadzeniu. Coś tam o materiałach we wnętrzu, o brzydszym grillu od poprzednika, o uchwytach na kubki, jakieś dwa zdania o sylwetce...
Mercedes kiedyś kojarzył się z tym, że taksówkarz w W124 zrobił nim milion kilometrów bez remontu. Dziś kojarzy się z tym, że po przesunięciu palcem po ekranie drzwi świecą się na turkusowo, kiedy system wyczuje u użytkownika napięcie i stwierdzi, że musi mu zapewnić „relaksacyjny nastrój”.
Samochody stały się smartfonami. Tylko większymi, cięższymi i z ratą leasingową przypominającą alimenty po trudnym rozwodzie.
I nawet nie chodzi o to, że ekrany są złe. Nie jestem Kaziukiem z Taplar, nie będę odgrażał się nowoczesności. Problem polega na tym, że te ekrany są dziś wszystkim. W liczniku ekran. Na środku ekran. Przed pasażerem ekran. Klimatyzacja? W ekranie. Ustawienia lusterek? W ekranie. Otwieranie schowka? Jeszcze chwila i też będzie w ekranie, poprzedzone animacją 3D inspirowaną „cyfrową elegancją nowej ery mobilności”.
Z tyłu odrębne dwa ekrany wielkości smartfonów do sterowania nawiewami i innymi „układami”. Za chwilę będziemy wystawiali ekran zamiast trójkąta ostrzegawczego, a Mercedes nazwie to „interaktywnym systemem bezpieczeństwa”. Mam wrażenie, że gdyby nie przepisy, to producenci wrzuciliby ekran zamiast przedniej szyby, a dostęp do kamer objęli subskrypcją.
Najlepsze jest jednak to, że wszyscy traktują to z absolutną powagą. Recenzent siedzi w aucie i mówi tonem komentatora wydarzeń geopolitycznych: „Tutaj możemy ustawić motyw wizualny inspirowany aurą zorzy polarnej”.
Doprawdy fantastycznie.
A czy to w ogóle skręca?
Mam takie przemyślenie, że współczesna motoryzacja doszła do punktu, w którym fakt, że auto jeździ, stał się dodatkiem do systemu infotainment. Silnik jest dziś trochę jak kabel do ładowarki – wiadomo, że musi być, ale przecież nikt się nim jakoś specjalnie nie ekscytuje. Mrugniesz, to przegapisz tę informację w recenzji.
Najbardziej absurdalne jest to, że producenci próbują sprzedać nam wszystko jako „doświadczenie cyfrowe”. Auto nie ma już wnętrza. Ono ma „cyfrowy ekosystem użytkownika”. Nie ma przycisków. Są „haptyczne strefy interakcji”. Nie ma licznika. Jest „immersyjny panel informacyjny nowej generacji”.
Brzmi to wszystko tak, jakby samochód miał za chwilę zapytać:
– Czy chcesz zsynchronizować swoje emocje z usługą Mercedes Cloud Experience?

I oczywiście wszystko obowiązkowo jest „inteligentne”. Inteligentne światła. Inteligentne fotele. Inteligentna klimatyzacja. Za chwilę inteligentny będzie pewnie uchwyt na kubek, który po analizie biometrii dłoni stwierdzi, że użytkownik jest zestresowany, i zaproponuje melisę.
Tymczasem zwykły człowiek chciałby czasem po prostu ustawić temperaturę nawiewu bez przeklikiwania trzech menu i pobierania aktualizacji systemu ważącej 11 GB.
Jasne, wiem, świat idzie do przodu. Technologia, przyszłość, AI, metaverse i pewnie jeszcze blockchain w podgrzewaniu foteli. Ale chyba są jakieś granice.
Są jakieś granice, prawda?
Gdzieś po drodze zgubił się sens. Jeśli recenzja auta premium poświęca więcej czasu ekranom niż temu, jak samochód prowadzi się w zakrętach, to znaczy, że motoryzacja oficjalnie przestała być motoryzacją. Stała się elektroniką użytkową z homologacją.
I dokładnie jak w świecie elektroniki użytkowej, tutaj też co roku dostajemy nowy model z „większym ekranem”, „cieńszą ramką” i „szybszym procesorem”. Brakuje tylko człowieka w golfie, który podczas prezentacji wyjdzie na scenę i powie: „Oto najbardziej zaawansowany Mercedes, jaki kiedykolwiek powstał”.
A potem pokaże, że nowy model ma możliwość ustawienia 64 kolorów podświetlenia więcej niż poprzednik, klamka może zmierzyć poziom twojego niewyspania, a fotel wymasuje ci spięte mięśnie „dzięki analizie w czasie rzeczywistym”.
Czekam tylko, aż w testach porównawczych pojawi się kategoria „który samochód lepiej wyświetla TikToka podczas ładowania”.
I wiecie co?
Wygra ten z większym ekranem.
Bo przecież już dawno nie chodzi o samochody.



















