Film „Ferrari” w reżyserii Michaela Manna opowiada o wycinku z życia legendarnego Enzo, założyciela marki ze skaczącym koniem w logo. Nie każdy będzie się na nim dobrze bawił.

Ryk silników. Lśniące lakiery i chromy. Pisk opon, sportowa rywalizacja, łzy wzruszenia na mecie. Dobro i duch rywalizacji wygrywają, tworzy się legenda, a potem nadchodzą napisy końcowe.
Jeśli tak wyobrażałeś sobie film „Ferrari”, będziesz rozczarowany
Owszem, na ekranie można zobaczyć przepiękne kształty samochodów z lat 50. Można też posłuchać odgłosów ich motorów. W filmie znalazło się też kilka scen z toru, gdzie widz podziwia perfekcyjną linię jazdy i precyzyjne ruchy kierowców.
Ale to nie jest typowa „uczta dla motomaniaków”, „propozycja dla fanów motoryzacji” ani „gratka dla fanów wyścigów”. Jeśli idziesz na ten film tylko dlatego, że w młodości marzyłeś o F40, a teraz oglądasz się za SF90 Stradale, wyjdziesz z kina bez uśmiechu na twarzy. Pamiętam „Le Mans ‘66”. To nie ten klimat. Nie ma tylu sportowych emocji, trzymania kciuków za drużynę ani pozytywnej aury.
To po prostu film o Enzo Ferrari
Ale też nie mówimy o jego biografii. Nie dowiemy się, jak dorastał znany z surowości „Il Commendatore” ani nie będziemy towarzyszyć mu w jego późnych latach. Film pokazuje jedynie wycinek z jego życia. W 1957 roku firma stała na progu katastrofy, a jedyną nadzieją było zwycięstwo w wyścigu Mille Miglia. Jak się okazało – ostatnim, który odbył się w takiej formie.
Co najmniej połowa produkcji została jednak poświęcona zawiłemu życiu prywatnemu Enzo. Jego małżeństwo (w roli Laury Ferrari Penelope Cruz) się sypało, przede wszystkim od czasu śmierci ukochanego syna Dino, a szef legendarnej firmy prowadził równoległe życie z kochanką, z którą miał syna. Rozwody były we Włoszech w tamtych czasach nielegalne. Wątek problemów rodzinnych był napisany dobrze, wielowymiarowo. Ale to kolejny argument, dla którego nie mówimy o typowej propozycji dla „tych, którym w żyłach płynie benzyna”.
Poza tym, „Ferrari” to film amerykański
To oznacza, że Włochów grają Jankesi mówiący po angielsku, czasami tylko z udawanym, włoskim akcentem. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Całkiem możliwe, że prawdziwe kłótnie w domu albo w firmie Enzo obfitowały w więcej… gestów. I ekspresji.
Pewnym zgrzytem były – moim zdaniem – bardzo brutalne sceny wypadku, w którym pokazano zwłoki ofiar niczym w filmie Tarantino. Była krew i wnętrzności. Nie chodzi o to, że mnie to oburzyło, nie odwracałem wzroku. Ale całość wyglądała, niestety, trochę śmiesznie.
Enzo Ferrari w momencie wydarzeń opisanych w filmie miał prawie 60 lat
Adam Driver grał przekonująco. Ale tak wygląda 60-latek według Hollywood…
…a tak wyglądał Enzo Ferrari (to ten pan w okularach) w tamtych czasach naprawdę.
Czy warto iść na film „Ferrari”?
Warto. Trzyma w napięciu, budzi emocje, dobrze – mimo wszystko – odwzorowuje lata 50. we Włoszech. Na obrazy dobrze się patrzy, film jest bardzo estetyczny, pełen pięknych kadrów, świetnych ubrań i detali. Chwilami można się nawet uśmiechnąć (zauważcie, kto gra Stirlinga Mossa). Ale to nie jest typowy film dla miłośników motoryzacji. I nie bierzcie do kina dzieci, nawet jeśli (a może „zwłaszcza”) mają na ścianie plakaty z autami z Maranello.