Jedni jeżdżą na zloty samochodów amerykańskich, drudzy włoskich, a trzeci… węgierskich. I to takich nieco większych. Mam dziwne hobby, nie zrozumiecie.

Zawsze lubiłem duże pojazdy pokroju autobusów i ciężarówek, zaś zupełnie nie ruszały mnie np. motocykle. Dlatego niedawno spakowałem plecak, wypolerowałem obiektyw i pojechałem na wycieczkę do węgierskiej miejscowości Tapolca, gdzie odbywał się tego dnia zlot autobusów węgierskiej marki Ikarus.

W Polsce pojazdy te są bardzo rozpoznawalne, ale na Węgrzech mają status legendy i otoczone są wręcz religią. Na imprezę zjechało kilkadziesiąt maszyn, z czego przeważająca większość z samych Węgier. Zróżnicowanie taboru było ogromne i chociaż dominowała znana dobrze u nas seria 200, to przyjechało mnóstwo przedstawicieli innych modeli. Ponadto, nawet w obrębie serii 200 każdy egzemplarz był inny.
W ramach karmienia Was bezużyteczną wiedzą, zobaczmy sobie, co takiego przyjechało sobie na zlot

























Impreza była połączona ze zlotem klasyków, a wszystkie pojazdy były cały czas interaktywne
Co ważne, stare autobusy nie stały wyłącznie bezczynnie, a kursowały przez cały dzień na wielu liniach turystycznych. Kiedy zaś stały, i tak były otwarte dla zwiedzajacych, a ich właściciele skorzy do rozmowy. Na koniec imprezy wszystkie uformowały długi peleton i przejechały niemal 40-kilometrową trasę w kolumnie.
Ponadto, jeżeli ktoś przyjechał ponad 30-letnim samochodem, mógł wjechać na teren imprezy, gdzie stare auta tworzyły eleganckie tło. Tak się szczęśliwie złożyło, że do Tapolcy wybrałem się wiekową Mazdą 323, o czym pisałem TUTAJ - dlatego mogłem zaparkować jak król.
Przyjazd samochodu na polskich tablicach spotkał się z przejawem sympatii wśród organizatorów - przepraszam, nie zrozumiałem nic z Waszego języka, ale też Was lubię!



















