REKLAMA

Ministerstwo umywa ręce od gratów. Możemy je gnić w najlepsze

Zalegające na parkingach wraki to prawdziwa zmora dla gmin. MSWiA nie widzi problemu ani potrzeby wprowadzenia jakichkolwiek usprawnień. Raport NIK nie pozostawia złudzeń, będzie gnicie.

Ministerstwo umywa ręce od gratów. Możemy je gnić w najlepsze
REKLAMA

Wygląda na to, że kierowcy w Polsce regularnie urządzają sobie rozgrywki Battle Royale w świecie rzeczywistym. Zamiast Carmageddonu jest to jednak format „Kto przetrwa najdłużej na parkingu”. W roli głównej rozkładający się Daewoo Lanos w zaciekłej walce z Mercedesem W123, któremu ktoś ukradł tablice. W tle sąsiedzi klnący pod nosem, że znów nie mają gdzie stanąć. A w finale gmina, która robi wszystko, żeby nie wiedzieć, że ma na stanie trzydziestoletniego sedana bez dokumentów i z ptasim gniazdem w nadkolu. W Polsce graty gniją na ulicach i jest to problem, którym nikt nie zamierza się zająć.

REKLAMA

96 wraków, 10 gmin i Piastów, który nie zrobił nic

Najwyższa Izba Kontroli postanowiła sprawdzić, jak mazowieckie samorządy radzą sobie z porzuconymi pojazdami. Wyniki? Cóż, pozostawiają sporo do życzenia. Na terenie 10 skontrolowanych miast i gmin inspektorzy znaleźli 96 porzuconych aut. Co ciekawe, w większości przypadków urzędnicy nawet nie wiedzieli, że mają pod nosem taką atrakcję – po prostu nikt im tego nie zgłosił.

miejsce dla niepełnosprawnych

Największym antybohaterem okazał się Piastów. Tamtejszy Urząd Miejski przez ponad dwa lata (od 2022 do stycznia 2025) nie ruszył palcem, by usunąć choć jeden z 36 zidentyfikowanych tam wraków. Nie poinformował też zgłaszających o swoich działaniach – co w sumie szczególnie nie dziwi, skoro żadnych działań nie było.

Nieco lepiej wypadły pozostałe gminy – w niemal połowie przypadków (47 na 103) udało się doprowadzić do usunięcia pojazdu. Najczęściej po ustaleniu właściciela i wezwaniu go do dobrowolnego zabrania auta. Gdy właściciela nie udało się znaleźć albo po prostu wziął przykład z władz Piastowa i olał temat, zaczynały się schody. I to takie jak do Świątyni Tygrysa, tylko na końcu zamiast złotego Buddy stał bordowy Passat.

Policja odmawia, gmina odhacza

Jednym z głównych problemów okazał się brak współpracy z policją. Urzędy składały wnioski o wydanie dyspozycji usunięcia wraku bez tablic lub w opłakanym stanie, a w odpowiedzi dostawały: „pojazd jest prawidłowo zaparkowany i nie stwarza zagrożenia”. Sam kilka lat temu miałem takiego gagatka na osiedlu i też dostałem podobną odpowiedź – dopóki nie „stwarza zagrożenia”, nie kąpie się w kałuży własnych wycieków, to nikt z nim nic nie zrobi. W takich sytuacjach urzędy często uznawały sprawę za zamkniętą. Natomiast według NIK-u powinny ponawiać wnioski lub składać skargi. Ale kto ma na to czas? „Patrz Grażynka, już 14:00, to trzeba iść umyć kubek po kawce i można się powoli zbierać”.

Ciekawie robiło się też, gdy wrak stał na terenie nienależącym do miasta – na przykład przy dworcu PKP albo na osiedlowym parkingu spółdzielni. Urzędy wysyłały pisma do zarządców i odhaczały sprawę jako załatwioną. Tymczasem mogły skorzystać z ustawy o odpadach i nakazać usunięcie wraku na jej mocy. Zrobił to tylko jeden urząd – w Pionkach – i to dopiero w trakcie kontroli NIK. Reszta czekała, aż rdza sama zrobi swoje.

Sześć miesięcy kosztów

A co, jeśli uda się odholować takiego delikwenta? Właściciel ma pół roku na odebranie pojazdu. Jeśli tego nie zrobi, auto przechodzi na własność gminy, ale zamiast okazji staje się dalszym utrapieniem i generatorem kosztów. Gmina musi pokryć wydatki związane z holowaniem, przechowywaniem na parkingu i ewentualną utylizacją. W przypadku gdy właściciela nie uda się ustalić – płaci z własnej kieszeni, bo ktoś musi. W związku z tym część samorządów woli udawać, że problemu nie ma, bo taniej wyjdzie im wyprawienie festynu z okazji dnia miasta niż walka z jednym oplem astrą.

Sytuację komplikuje też fakt, że w CEPiK jako ostatni właściciele często figurują obywatele państw spoza Polski, a nawet UE, nierzadko z krajów byłego ZSRR. Wówczas o ściągnięciu jakichkolwiek należności można zapomnieć. Takie okazy trafiają do tabelki pod hasłem „koszty nie do odzyskania”.

łada żiguli

Nie wszędzie jest jednak tak dramatycznie. W Czeladzi od 1 czerwca 2025 roku prowadzona jest ewidencja usuniętych porzuconych aut. W ciągu pięciu miesięcy usunięto 74 pojazdy. To naprawdę świetny wynik – zwłaszcza jak na miasto, które ma budżet porównywalny z jednym warszawskim osiedlem. Najwyraźniej wystarczy odrobina dobrej woli i świadomość, że mieszkańcy rozliczają taką sprawczość przy urnach wyborczych.

Samorządy mówią „basta!”

Pęczniejący wrzód w postaci porzuconych samochodów sprawił, że samorządowcy zaczęli głośno domagać się zmian. Chcą uproszczenia procedur, większych uprawnień dla straży gminnych i przede wszystkim realnej odpowiedzialności za porzucenie pojazdu. Bo obecnie system przypomina grę w berka albo chowanego, w której nikt nie chce być tym złapanym.

Jest co prawda jeszcze UFG, który za brak ważnego OC nalicza sobie srogie kary idące w grube tysiące. Nie zawsze jest to jednak rozwiązanie problemu wraków, bo wystarczy, że właściciel opłaca najtańsze OC za 100 czy 200 zł na rok i UFG nie wyśle do niego laurki. Taniej niż miejsce parkingowe na miesiąc.

Gdzieś w oddali na horyzoncie majaczy też projekt nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym, który ma dać organom dostęp do danych o pojazdach zarejestrowanych w innych krajach UE. Może w końcu będzie można ustalić, czy ten 30-letni Passat z niemieckimi blachami to naprawdę „auto kolegi”, czy raczej „prezent od losu” dla gminy.

Ministerstwo odpowiada

I wtedy na scenę wkracza Czesław Mroczek, sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Odpowiadając na poselską interpelację w sprawie usprawnienia procedur, minister okazał się niewzruszony. Jego zdaniem obowiązujące przepisy dotyczące usuwania i przechowywania pojazdów „zapewniają systemową spójność”, a wprowadzenie jakichkolwiek usprawnień „nie wydaje się obecnie zasadne”.

Można by rzec, że to klasyczny przykład na zasadę „u mnie działa”. Tyle tylko, że nie u wszystkich. Samorządy toną w papierach i kosztach, mieszkańcy tracą miejsca parkingowe, a ministerstwo ze spokojem stwierdza, że system jest „kompleksowy”. I rzeczywiście – kompleksowo ignoruje rzeczywistość. W odpowiedzi znajdziemy również wyjaśnienie, że kwestie rozliczeń między gminą a właścicielem pojazdu „znajdują uregulowanie w prawie cywilnym”. Czyli innymi słowy: radźcie sobie sami, a jak nie dacie rady ściągnąć kasy od właściciela z Białorusi czy innego Tadżykistanu, to wasz problem.

REKLAMA

Bylejakość? Byle jakoś

Zalegające na parkingach wraki to nie tylko kwestia estetyki. To realny problem finansowy dla gmin, które muszą płacić za sprzątanie po czyimś lenistwie. To też problem dla mieszkańców, bo założę się, że na przestrzeni ostatnich 30–40 lat nikt w Polsce nie wypowiedział zdania „U nas to miejsca do parkowania jest aż za dużo”. To również zagrożenie dla środowiska – wyciekające płyny eksploatacyjne potrafią solidnie zatruć glebę, zanim ktoś się nimi zainteresuje. No i wreszcie – to dowód na to, że w Polsce nadal pokutuje przekonanie, że „jakoś to będzie”.

Czy i kiedy polskie osiedla przestaną przypominać plan filmowy z Mad Maxa albo Fallouta? Jeszcze nie wiadomo, ale dobrze, że ktoś zaczął głośno mówić o tym problemie. W końcu nikt nie chce, żeby jego osiedle wyglądało jak scenografia do postapokaliptycznego kina drogi. A jeśli już – to niech przynajmniej zapłacą za to z budżetu kultury.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-18T14:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-18T09:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-17T18:11:07+02:00
Aktualizacja: 2026-04-17T13:21:02+02:00
Aktualizacja: 2026-04-17T12:38:41+02:00
Aktualizacja: 2026-04-17T10:29:52+02:00
Aktualizacja: 2026-04-16T18:13:26+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA