Pięć samochodów do straszenia sąsiadów. Nie tylko w Halloween
Halloween, czyli obrzydliwa niepolska tradycja polega na przebieraniu się za duchy i demony w celu straszenia innych. Na szczęście można też kogoś postraszyć motoryzacyjnie.

Wymyśliłem 5 sposobów na straszenie sąsiadów zakupionym autem. Dziś już za późno, ale wiecie, na przyszły rok jak znalazł. Przed Halloween kupujemy furę i stawiamy ją na osiedlowym parkingu. Sąsiedzi drżą z przerażenia. Oto pomysły.
Młody Śledziona
Kupujemy BMW E36 coupe. Obniżamy zawieszenie. Oklejamy naklejkami „ZAWSZE BOKIEM” albo „zabijam muchy na bocznej szybie”. Z przodu dajemy szerokie fele, z tyłu stalaki. Można też trochę wypruć wnętrze i wrzucić jakiś sportowy fotel oraz kierownicę. Fejkowy hydrauliczny hamulec ręczny też będzie na miejscu. Ach i naklejki. Czy wspomniałem o naklejkach? #GRUZLIFE, „ALEKOCUR” i inne takie takie. Pod maską 316i z LPG – nawet nie wiem czy było w coupe, ale co za różnica. Następnie kleimy naklejkę „BABY ON BOARD” i montujemy fotelik dla dziecka. Autem zawsze jeździmy 50 km/h w kapeluszu i przepuszczamy pieszych na przejściu z całej okolicy. Sąsiad się boi nie tego, że jesteśmy drifterami, tylko że nimi nie jesteśmy i że coś jest bardzo, ale to bardzo nie tak.
Spotkanie klubu Ferrari
W Halloween chodzi o to, żeby się przebierać. Kupujemy więc auto przebrane za inne, np. replikę Ferrari na bazie Toyoty MR2 albo Pontiaca Fiero. Do tej pory wszystko jest normalnie, repliki istnieją, ale wtedy wjeżdżamy z diabolicznym planem: na replice Ferrari kleimy wielki napis PONTIAC FIERO. Sąsiedzi są przerażeni, nie wiedzą co się dzieje. Każdy normalny człowiek – o ile właścicieli replik uznamy za normalnych – do końca będzie szedł w zaparte że to oryginalne Ferrari, będzie kleił cavallino rampante gdzie tylko się da i każdemu kto chce lub nie chce będzie oznajmiał, że „na naszym ostatnim spotkaniu klubu Ferrari...”. A my nie, my z dumą będziemy się obnosić, że nasze laminatowe cacko to Fiero. Wyjdziemy na świrów, a świrów boją się wszyscy.
Zarząd Utrzymania Zieleni
Kupujemy Lublina. Najlepiej białego. Oklejamy całego godłami miasta, w przypadku Warszawy można jeszcze dać czerwono-żółte pasy. Na górę żółte bomby. Obowiązkowo napis „ZIELEŃ MIEJSKA” albo „ZARZĄD UTRZYMANIA ZIELENI”. Do pracy jeździmy w kufajce, a na nią narzucamy pomarańczową kamizelkę odblaskową. Parkujemy go zawsze jak popadnie, ewentualnie jak jest bardzo źle to włączamy bomby. Sąsiad musi szukać miejsca do parkowania, a my jak paniska, bach na trawnik, nikt nam słowa nie powie, każdy się boi, bo przecież widać że jesteśmy ludźmi pracy. Jeszcze lepiej, kiedy mamy miejsce w garażu podziemnym i parkujemy Lublina koło jakiejś prestiżowej fury typu beemeczka trójeczka. Sąsiad będzie się przytulał za wszelką cenę do drugiej strony, żeby tylko stać jak najdalej od naszego Lublinka.
Tzw. dyskusyjna estetyka
Cokolwiek z poniższej listy:
Nissan Juke
Fiat Multipla
Pontiac Aztek
Ford StreetKa
Chrysler PT Cruiser cabrio
Ssangyong Rodius
(możecie dopisać własne)
Auto zawsze trzymamy umyte, piękne, wybłyszczone i w idealnym stanie. Nieustająco zaczepiamy sąsiadów: i co panie sąsiedzie, ładny, prawda? Śliczny jest, wiem. Kocham go. Najładniejszy samochód na świecie. Nie to, co te Golfy bezpłciowe. No ja wiem że się panu podoba, tylko się pan boi przyznać. Gwarantowane, że sąsiedzi za jakiś czas na nasz widok będą się odwracać albo uciekać w popłochu.
Gąsienice
No i last but not least – pojazd wojskowy. Najlepiej coś w rodzaju Hummera, ale niekoniecznie, ważne żeby było w wojskowych barwach. Należy też zamontować foteliki, różowe nalepki z kucykami i jeździć z córką do przedszkola. Sąsiadom tłumaczymy, że to wyłącznie dla bezpieczeństwa i że inni kierowcy jeżdżą jak szaleńcy. Dopytujemy regularnie, czy nie znają kogoś, kto chciałby sprzedać pojazd gąsienicowy, bo gąsienice są bezpieczniejsze – nikt nam nie przebije opony. Ostatecznym pojazdem do straszenia sąsiadów jest Hagglunds – ten transporter wygląda tak przerażająco, jakby jeździły nimi hordy zombi. I ta nazwa brzmiąca jak szwedzki zespół deathmetalowy...