Paliwowa telenowela trwa. W rolach głównych polscy kierowcy i rząd
Minister Finansów i Gospodarki znów przedłużył obniżki VAT i akcyzy na paliwa – tym razem do 15 maja. To drugie przedłużenie CPN w niespełna miesiąc. Szykuje nam się telenowela z otwartym finałem i krótkimi odcinkami.

W poniedziałek w Dzienniku Ustaw pojawiły się dwa rozporządzenia ministra Andrzeja Domańskiego, które przesuwają termin obowiązywania pakietu CPN („Ceny Paliwa Niżej”) z 30 kwietnia na 15 maja. VAT zostaje na 8 proc., akcyza na unijnym minimum 29 gr/l benzyny i 28 gr/l oleju napędowego, a sieci paliwowe nadal mają sprawdzać codzienne obwieszczenie ministra energii o cenach maksymalnych. Pod groźbą miliona kary.
Majówkowe grillowanie to dopiero początek
Pakiet wszedł w życie 31 marca i akcyza miała pierwotnie obowiązywać do 15 kwietnia. Mamy końcówkę kwietnia, a termin został właśnie wydłużony po raz drugi. W połowie miesiąca minister przesunął go bowiem do 30 kwietnia, ujednolicając z VAT-em. Teraz cały pakiet zostaje wydłużony do 15 maja. Odcinek za odcinkiem. Czy ktoś ma realną nadzieję, że to wystarczy? Ja nie mam.
Politycznie to ma sens. Ekonomicznie nie, ale rząd nie bardzo ma wyjście. Krótkie przedłużenia to mechanizm sprawdzony już przy tarczy antyinflacyjnej w 2022 roku, która była kilkukrotnie wydłużana – co dwa-trzy miesiące – aż w końcu obumarła z grudniem. Każde takie przedłużenie to powód, by minister stanął przed kamerami i przypomniał, że dba o portfele Polaków.
Kwestia wizerunkowa jest tu mocno powiązana z prozą rządzenia, czyli finansami. Wynikające z utrzymywania pakietu CPN obciążenie dla budżetu jest tak duże, że prawdopodobnie nikt nie chce go podpisywać np. do końca roku. Jeśli natomiast Trump nagle uzna, że wygrał, i tym razem zakończy wojnę, PR-owo dużo trudniej będzie się wycofać z ulg zaplanowanych na kilka miesięcy.
Pakiet CPN kosztuje budżet ok. 1,6 mld zł miesięcznie – 930 mln VAT i 750 mln akcyzy w okresie od 30 marca do 30 kwietnia, według wyliczeń Ministerstwa Finansów. Rada Fiskalna ostrzega, że przedłużenie do końca roku to dodatkowe 0,37 proc. PKB deficytu i „kolejne źródło niepewności fiskalnej”. Z drugiej strony badanie Pollstera dla „Super Expressu” pokazuje, że 80 proc. Polaków chce utrzymać ceny maksymalne do końca 2026 roku. Demokracja, jak to demokracja, lubi przechylać szalę na stronę kierowców.
Gumowy kalendarz Trumpa
Założenie, że obniżki wygasną dokładnie 15 maja, opiera się na nadziei, że amerykańsko-izraelska wojna z Iranem zakończy się w terminie wygodnym dla polskiego ministra finansów. Tak się składa, że ta wojna trwa już dziewiąty tydzień, właśnie pękło dwutygodniowe zawieszenie broni, a Donald John Trump odwołał wyjazd Witkoffa i Kushnera na rozmowy pokojowe do Pakistanu z uzasadnieniem, że „zbyt dużo czasu marnują na podróże”. Cieśnina Ormuz pozostaje zablokowana, marynarka USA pilnuje irańskich portów, Iran odpłaca pięknym za nadobne.
Z datą końca tej wojny jest podstawowy problem: Donald Trump ma kalendarz (i kręgosłup) z gumy. Postawił Iranowi już trzy razy ultimatum z terminami zawarcia porozumienia – 21 marca, 23 marca i 7 kwietnia – a następnie wszystkie przesunął albo wycofał. Gdzieś pomiędzy zapowiadał, że „cała cywilizacja zginie tej nocy i nigdy się nie odrodzi”, a następnego dnia chwalił się, że prowadzi „bardzo dobre i produktywne rozmowy”. Rozmowy, o których ówczesny sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Iranu Ali Larijani nawet nie wiedział.
1 kwietnia ten sam komunikat, ta sama reakcja Korpusu Strażników Rewolucji: cieśnina „nie zostanie otwarta dla wrogów tego narodu”. 21 kwietnia, po zapewnieniach, że deadline’u nie ruszy, prezydent USA i tak przedłużył zawieszenie broni bezterminowo.

W praktyce ten konflikt potrwa, dopóki się Donaldowi Trumpowi nie znudzi. Skończy się wtedy, gdy zorientuje się, że nie wygrywa i nie wygra. A to nie jest łatwy temat w przypadku kogoś, kto jest ekstremalnym narcyzem, dodatkowo otoczonym sztabem klakierów bez kręgosłupów, i żyje we własnej banieczce. Dodatkowo kilku przyjaciół musi najpierw odpowiednio zarobić na histerii rynków. Trump jest przekonany, że mistrzowsko rozgrywa cały świat. Cały świat tymczasem dobrze wie, o co w tym wszystkim chodzi, tylko nie ma co z tym zrobić.
Liczby, które bolą
Reakcja rynków jest taka, jaka być musi. Ropa Brent w poniedziałek po przerwaniu rozmów zamknęła dzień powyżej 108 dolarów za baryłkę. Goldman Sachs podniósł prognozę na IV kwartał z 80 do 90 dolarów, Citi ostrzega, że jeśli przepływ przez Ormuz pozostanie zaburzony do końca czerwca, ropa skoczy do 150 dolarów. Międzynarodowa Agencja Energetyczna nazwała obecny szok podażowy największym w swojej historii. Na takim rynku polski rząd emituje serial o obniżkach w dwutygodniowych odcinkach. Można i tak.
Za moment majówka. Potem Boże Ciało, długi weekend czerwcowy. Potem wakacje. To sezon, w którym Polak rusza w trasę i przy okazji bardzo uważnie patrzy na cenę 95-tki. Jeśli ktoś sobie wyobrażał, że pakiet wygaśnie w połowie maja – ten ktoś nie zna pojęcia okienka medialnego. Każde kolejne dwa tygodnie to kolejny komunikat resortu, kolejny news, kolejna okazja, by przypomnieć kto tu rządzi i komu kierowca zawdzięcza, że za diesla nie płaci dziewięciu złotych.
Wojna, której wygrać się nie da
Cała ta operacja nie miałaby miejsca, gdyby nie wybitny ruch w szachach 5D, który Donald John Trump i Benjamin Netanjahu wykonali w pierwszym kwartale tego roku. Wojna z Iranem miała być wygrana w jeden dzień, a tymczasem co dzień wygrywają ją głównie spekulanci na ropie i tankowcach przemycających irański eksport pod fałszywą banderą. Polski budżet co dwa tygodnie przelewa miliard z hakiem na to, by minister Finansów i Gospodarki miał o czym mówić do mikrofonu, kierowca mógł zatankować tańsze paliwo, a ekipa Trumpa miała kolejny pretekst do ogłoszenia, że właśnie wygrała.
15 maja minie szybciej, niż się wydaje. Stawiam dolary przeciw orzechom, że przed 14 maja Dziennik Ustaw znów przytyje o kolejną aktualizację.



















