Mandaty z fotoradarów pod lupą. "Nie ma prawnych narzędzi"
Polska straszy kierowców fotoradarami od lat. Tyle że – jak coraz głośniej sugerują kolejne wyroki sądów – część z uprawnień, które GITD sobie przypisuje, nie ma pokrycia w obecnie obowiązujących przepisach. Jak to możliwe? Odpowiedź jest prosta, choć dla urzędników bardzo niewygodna.

Zacznijmy od liczb, bo robią wrażenie. Według danych Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego w samym 2024 roku urządzenia systemu CANARD (Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym) zarejestrowały ponad 1,17 miliona naruszeń przepisów. Problem w tym, że egzekucją objęto jedynie około 60 proc. przypadków – reszta po prostu się przedawniła. Rocznie przepada w ten sposób setki tysięcy spraw. Słowem: system ściska za gardło głównie tych, którzy sami się podstawiają.
GITD ściga, ale czy ma do tego podstawy?
Sedno problemu tkwi w kwestii, która przez lata była zamiatana pod dywan: Główny Inspektor Transportu Drogowego nie posiada jednoznacznego statusu oskarżyciela publicznego w sprawach o wykroczenie z art. 96 § 3 Kodeksu wykroczeń – czyli za odmowę wskazania kierującego uwiecznionego przez fotoradar. To przepis, na podstawie którego przez lata wysyłano właścicielom pojazdów wezwania do „współpracy”. Okazuje się, że część sądów coraz śmielej odmawia wszczęcia takich postępowań lub je umarza, argumentując właśnie brakiem stosownych kompetencji GITD.

Sąd Okręgowy w Katowicach jako kolejny stwierdził właśnie, że w zakresie kompetencji ITD nie mieści się kierowanie do sądu wniosku o ukaranie właściciela samochodu za niewskazanie kierującego w czasie popełnienia wykroczenia. Podobne orzeczenia zapadają też w innych miastach.
Samo Ministerstwo Infrastruktury potwierdziło wprost w uzasadnieniu projektowanej nowelizacji prawa o ruchu drogowym: „W obecnym stanie prawnym nie ma prawnych narzędzi, które pozwalałyby na skuteczne egzekwowanie odpowiedzialności” wobec osób ignorujących wezwania z CANARD. Brzmi jak oficjalne przyznanie się do systemowej dziury ze strony resortu. Czarno na białym.
Donoszenie na siebie
Do całej układanki dorzucić trzeba drugi wątek, jeszcze bardziej fundamentalny. Rzecznik Praw Obywatelskich od lat wskazuje, że obowiązek wskazania kierowcy – nałożony na właściciela pojazdu pod groźbą grzywny sięgającej 8 tys. zł w postępowaniu mandatowym, a nawet 30 tys. zł w sądzie – narusza konstytucyjne prawo do obrony. Chodzi o klasyczną łacińską zasadę nemo tenetur se ipsum accusare, czyli zakaz zmuszania kogokolwiek do dostarczania dowodów przeciwko sobie. To nie jest wyłącznie akademicka dyskusja, ale realne orzecznictwo, które zaczyna przenikać do polskich sądów.

Co ciekawe, Trybunał Konstytucyjny orzekał w tej sprawie już w wyroku z 12 marca 2014 roku, uznając art. 96 § 3 k.w. za zgodny z konstytucją. Przy czym – jak zaznaczył sam TK – przedmiotem tamtego rozstrzygnięcia formalnie nie było prawo do milczenia wynikające z art. 42 ust. 2 Konstytucji. Ta furtka pozostała uchylona. I coraz więcej osób przez nią przechodzi.
„Łowca Fotoradarów” i sąd w Zielonej Górze
Najgłośniejszy dotąd przypadek to sprawa Emila Rau – „Łowcy Fotoradarów”, właściciela firmy transportowej z flotą kilkudziesięciu pojazdów. GITD i policja domagały się ukarania go za odmowę wskazania kierowcy. Rau podawał imię i nazwisko, ale nic więcej. Sąd w Zielonej Górze wydał wyrok uniewinniający. To orzeczenia, które odbiły się w środowisku prawniczym głośnym echem – powielane na forach, cytowane przez pełnomocników i coraz chętniej przywoływane w sądach niższych instancji.
Podobne rozstrzygnięcia zapadały wcześniej m.in. w Kościerzynie, Zamościu czy Tczewie – sądy wskazywały, że zdjęcia z fotoradarów, na których nie można rozpoznać kierowcy, nie powinny stanowić podstawy do wystawienia mandatu. Linia orzecznicza wciąż bywa niejednolita, ale kierunek zmian jest czytelny.
Rząd wie o problemie i szykuje uszczelnienie
Projektowana nowelizacja, którą ministerstwo planowało przyjąć w IV kwartale 2025 roku, wciąż nie weszła w życie. Zgodnie z założeniami projekt zakłada m.in. przyznanie ITD statusu oskarżyciela publicznego w sprawach o niewskazanie kierującego – co samo w sobie jest pośrednim przyznaniem, że dziś tego statusu po prostu nie ma.
Poza tym obowiązek wskazania pełnych danych sprawcy spoczywać ma na właścicielu pojazdu, a brak odpowiedzi na urzędową korespondencję ma być obłożony oddzielnymi karami porządkowymi. Powstać ma też specjalny rejestr pojazdów, których właściciele nie wskazali sprawcy – auta z „listy hańby” mają być traktowane priorytetowo podczas kontroli drogowych. Przewidziano też marchewkę: 25-procentową zniżkę na mandat, jeśli sprawca przyzna się i zapłaci w ciągu 14 dni.
Co z tego wynika dla zwykłego kierowcy?
Na dziś – tyle, ile zawsze: kto dostaje wezwanie z CANARD i grzecznie wskazuje winnego, ten płaci. Kto zna przepisy, ten wie, że część sądów umarza sprawy, a powołanie się na prawo do obrony możliwe jest na etapie postępowania sądowego. Do tego czasu jednak mechanizm działa jak dotychczas – przychodzi wezwanie, a ewentualna walka o swoje kosztuje czas i nerwy. Przeważająca większość kierowców woli po prostu zapłacić i mieć spokój.
Prawna szachownica, na której rozgrywa się ta partia, jest skomplikowana. Z jednej strony – Rzecznik Praw Obywatelskich i część sądów kwestionują obecny model karania. Z drugiej – ministerstwo szykuje przepisy, które mają go tylko dodatkowo wzmocnić. Gdzieś pośrodku jest kierowca, który przekroczył prędkość o 15 km/h na pustej obwodnicy i zastanawia się, czy to naprawdę on ma finansować cały ten cyrk.



















