Jazda prosto bywa zdradliwa. Nie czuj się zbyt pewnie
Ostatni tragiczny wypadek w Warszawie został już właściwie rozłożony na atomy. Nie zamierzam się rozwodzić, kto zawinił bardziej od kogo, bo nie czuję się do tego uprawniony. Chciałem natomiast zabrać głos w sprawie, że lewoskręty tego typu to przy naszej kulturze jazdy tykająca bomba.

Jedną z bardziej kontrowersyjnych i szerzej komentowanych kwestii związanych z tym wydarzeniem jest potencjalne uznanie obojga kierujących za współwinnych doprowadzenia do wypadku. Z jednej strony, na papierze sprawa wydaje się oczywista, czyli skręcający w lewo nie ustąpił jadącemu na wprost. Z drugiej zaś, przy założeniu, że ten drugi znacznie przekroczył dozwoloną prędkość, temat taki czarno-biały już się nie wydaje. Zwłaszcza w zestawieniu ze skrzyżowaniem, gdzie nie ma nawet nie tyle oddzielnej sygnalizacji świetlnej do skrętu w lewo, co nawet i wydzielonego pasa ruchu.
Celem zobrazowania, o wypadku TUTAJ pisał na łamach Autobloga redaktor Adamczuk
Nawijam samochodem w ciągu roku mnóstwo kilometrów, w mieście i poza miastem, w Polsce i za granicą. Mogę zatem nieskromnie powiedzieć, że dużo widziałem i to zarówno w odniesieniu do zachowania kierowców, jak i różnych ułomności infrastruktury. Chociaż być może nie sprawiam takiego wrażenia, jeżdżę dosyć defensywnie, mając świadomość różnych ukrytych na drogach zagrożeń.
Każdy przejeżdżający przez skrzyżowanie musi zachować szczególną ostrożność, a w takiej sytuacji nawet szczególnie szczególną
Jest to obowiązek bardzo zaniedbywany, bo ludzie często wychodzą po prostu z założenia, że skoro mają pierwszeństwo przejazdu, to inni muszą uważać. Dokładnie z takim mechanizmem mieliśmy do czynienia ostatnio w Warszawie - mam zielone, jadę prosto, wszystko idzie zgodnie z planem.
Okazało się brutalnie, że niestety jednak nie wszystko, bo skręcający z naprzeciwka kierowca nie ustąpił pierwszeństwa i doszło do wypadku. I chociaż w świetle zasad pierwszeństwa to on bezpośrednio doprowadził do nieszczęścia, to obowiązku zachowania szczególnej ostrożności nie dopełnił ten drugi - jadący na wprost.
Jeżeli ja nie widzę pojazdu nadjeżdżającego z naprzeciwka, kierowca tego pojazdu nie widzi również mnie
Wielu zapomina, że ta zasada działa w obie strony. Skrzyżowanie ulicy Grochowskiej z ulicą Zamieniecką jest bardzo podstępne, ponieważ nie ma tutaj nawet pasa do skrętu w lewo. Jadący w lewo i jadący na wprost poruszają się tym samym pasem ruchu, a ustawiając się na środku skrzyżowania zasłaniają sobie nawzajem widoczność.
To oczywiste, że kierowca skręcający w lewo musi zwrócić uwagę, czy ktoś nie jedzie z przeciwka na wprost. Tyle, że ten jadący na wprost również powinien mieć na uwadze to, iż ktoś z naprzeciwka może pojechać w lewo. Nie dlatego, że musi mu ustąpić pierwszeństwa albo coś - kiedy skręcające w lewo samochody są niewidoczne, zawsze trzeba założyć katastroficzny scenariusz. To jest właśnie odpowiedzialność, lub bardziej tematycznie, szczególna ostrożność.
Przekraczanie prędkości przy takiej widoczności to zabawa odbezpieczonym granatem
Właśnie ten brak zachowania szczególnej ostrożności przez jednego z kierowców był tutaj tym czynnikiem decydującym - taką malutką muchą, która usiadła na krawędzi chyboczącej się beczki, tak że ta w końcu przeważyła i spadła.
Przy tak marnej widoczności, jaka występuje podczas takiego manewru, znaczne przekroczenie prędkości praktycznie uniemożliwia dostrzeżenie przez skręcającego zagrożenia w porę. A kiedy ten pojawia się w polu widzenia, przeważnie jest już za późno na ugaszenie pożaru.
Pomijając przekraczanie prędkości, warto w takich sytuacjach przezornie po prostu nieco zwolnić. Nie mówię o hamowaniu do 20 km/h, bez przesady. Chodzi po prostu chociaż o zdjęcie nogi z gazu, aby auto przejeżdżało takie skrzyżowanie wytracając delikatnie prędkość, a nie idąc pełnym ogniem.
Tego typu skrzyżowania są dla mnie w pracy doskonałym przykładem
Przykładem tego, że każdy na drodze powinien uważać i myśleć strategicznie, niezależnie od przydzielonego pierwszeństwa
Jak widać po omawianym wypadku, świadomość zagrożenia niestety często jest znacznie poniżej pewności siebie, bo przecież mam zielone i pierwszeństwo przejazdu.
Pewnie zaraz polecą w moją stronę przekleństwa i obelgi i żebym oddał prawko, jeżeli nie potrafię sobie w takich sytuacjach poradzić. Tyle, że zrobiłem już w swoim życiu lekką ręką z pół miliona kilometrów przez kilkanaście lat, a nie miałem jako kierowca ani razu nawet stłuczki - ani ze swojej, ani z cudzej winy. A poważnych dzwonów z cudzej winy uniknąłem przez ten czas co najmniej kilkunastu.
Przypadek? Być może, ale wątpię.







































