W końcu ktoś zdefiniował luksus w autach służbowych. I chce go opodatkować
Belgijski minister finansów planuje wprowadzenie w 2027 roku specjalnego podatku od luksusowego wyposażenia samochodów służbowych. Fotel z masażem czy podświetlana atrapa chłodnicy – za to Belgowie zapłacą więcej. Podgrzewane siedzenia i kamera 360 stopni – tym na razie nie trzeba się przejmować. I kto powiedział, że belgijska polityka jest skomplikowana?

Samochód służbowy to w Belgii instytucja równie trwała co praliny, gofry czy ciągnące się miesiącami poszukiwania kompromisów rządowych. Według danych belgijskiego Krajowego Urzędu Zabezpieczenia Społecznego liczba samochodów firmowych w tym kraju przekroczyła 572 000 i niezmiennie rośnie – od początku 2022 r. przybyło ich ponad 10 proc. Co więcej, blisko 60 proc. wszystkich nowych aut sprzedawanych w Belgii to właśnie samochody firmowe, często używane prywatnie i opodatkowane jedynie jako korzyść w naturze – czyli na warunkach, o których przeciętny Nowak czy Kowalski (a właściwie Peeters czy Janssens) mogą tylko pomarzyć.
A może frytki do tego?
Całą sprawę jeszcze bardziej skomplikowała elektryfikacja. Od grudnia 2021 r. Belgia stopniowo wycofuje ulgi podatkowe dla aut z silnikami spalinowymi, jednocześnie oferując pełne, stuprocentowe odliczenie podatkowe dla zeroemisyjnych aut firmowych zakupionych lub wziętych w leasing do końca 2026 r. Efekt był łatwy do przewidzenia: firmy rzuciły się na elektryczne BMW, Mercedesy i Audi jak na promocję w markecie, konfigurując je do granic możliwości. Fotele z masażem? Czemu nie, skoro podatnik się dokłada. Podświetlana atrapa chłodnicy? Poproszę.

Według szacunków belgijskiego Federalnego Biura Planowania utracone wpływy podatkowe z tytułu preferencyjnego opodatkowania aut firmowych wynoszą od 3 do 6 miliardów euro rocznie. Nawet przyjmując dolną granicę, liczby robią wrażenie. Belgijski rząd doszedł do wniosku, że samo stopniowe zmniejszanie odpisów to za mało, żeby załatać tę dziurę w budżecie.
I tu wchodzi Vincent Van Peteghem ze swoim pomysłem – roboczo nazwanym „indeksem luksusu” (niderl. luxe-index). Koncepcja belgijskiego ministra finansów jest prosta: jeśli wyposażenie twojego służbowego auta ma niewiele wspólnego z przemieszczaniem się z punktu A do punktu B, a więcej z tym, żebyś czuł się jak w pierwszej klasie Lufthansy, to dopłacasz – w postaci podatku. Belgia przypomniała sobie, co znaczy słowo „służbowy”.
Służbowo nie oznacza luksusowo
Konkretne wyposażenie, które ma znaleźć się na celowniku nowego podatku, to – według belgijskiego portalu motoryzacyjnego Autofans, powołującego się na wewnętrzne symulacje belgijskiego Ministerstwa Finansów – wspomniane fotele z funkcją masażu, rozbudowane systemy oświetlenia ambientowego, duże felgi ze stopów lekkich oraz topowe systemy audio. Innymi słowy: wszystko, co sprawia, że jazda na spotkanie z klientem bardziej przypomina pobyt w SPA.
Jednocześnie belgijska administracja wyraźnie zaznaczyła, co nie znajdzie się pod lupą fiskusa. Podgrzewane przednie fotele i kamera cofania (lub 360 stopni) zostały oficjalnie zakwalifikowane jako wyposażenie o – cytuję za ministerstwem – „szerokiej użyteczności społecznej”. Kamera pomaga unikać kolizji, ogrzewanie fotela ma być kwestią ergonomii i bezpieczeństwa jazdy w mroźnych warunkach. Ministerstwo uznaje je zatem za dobro publiczne. Logika wydaje się całkiem sensowna, choć można podejrzewać, że lobbyści siedzieli przy tym stole.

Indeks luksusu wpisuje się w szersze zmiany dotyczące nadużyć w zakresie obliczania korzyści w naturze (voordeel alle aard, VAA). Nowy podatek podwyższałby podstawę opodatkowania proporcjonalnie do wybranego wyposażenia. Organizacja Renta, skupiająca belgijskich operatorów leasingowych, już teraz spodziewa się zmiany zachowań klientów: kupujący zaczną wybierać skromniej wyposażone konfiguracje, żeby nie przekraczać progu, po którym miesięczna rata leasingu przestaje mieć sens finansowy. To z kolei bezpośrednio uderza w marki premium – szczególnie w te, które solidną część ceny końcowej „odrabiają” w opcjach dodatkowych.
Producenci patrzą z niepokojem
BMW, Mercedes czy Audi oparły swój model sprzedaży w znacznej mierze właśnie na samochodach firmowych wyposażonych po czubek dachu. Belgijski rynek to dla nich nie tylko konkretny wolumen, ale przede wszystkim barometr polityki fiskalnej, której wyniki mogą zainteresować inne europejskie rządy szukające nowych wpływów budżetowych. Podobna narracja zaczyna przebijać się choćby w Niderlandach, Francji czy Niemczech. Rządy tych krajów też zaczynają się zastanawiać, jak pogodzić elektromobilność firmową z uczciwością wobec tych, którzy nie jeżdżą autem służbowym. Belgia może tu posłużyć za kosztowny dla producentów przykład.
Na razie indeks luksusu pozostaje propozycją i przechodzi przez konsultacje społeczne. Belgijscy legislatorzy słyną z tego, że czas od pomysłu do ustawy mierzą w jednostkach często przekraczających kadencje rządowe (to kraj, który przez prawie 500 dni w latach 2010–2011 potrafił radzić sobie bez rządu federalnego). Niemniej sygnał jest czytelny: era służbowego luksusu finansowanego z budżetu zdaje się zmierzać ku końcowi. Jeszcze nie dziś, pewnie też nie jutro, ale wkrótce służbowy masaż lędźwi przy kojących dźwiękach z głośników zostanie opodatkowany. I dobrze.



















