Uważaj przy zawracaniu. Możesz mieć rację, ale zarobić w głowę
Zawracanie to bardzo niebezpieczny manewr. Szczególnie kiedy napatoczy się kierowca nie panujący do końca nad przepisami, ale będący święcie przekonany o swojej racji. Niemniej, sama tego typu pomyłka to dość częsty incydent.

Motywacją do poruszenia tematu była sytuacja sprzed kilku dni, kiedy podczas manewru zawracania tor jazdy mojego samochodu i wyjeżdżającego z bocznej drogi przecięły się na skrzyżowaniu. Zawsze w takiej sytuacji jeden kierowca musi ustąpić drugiemu, niestety nie zawsze prawidłowa kolejność przejazdu zostaje zachowana. Tym razem nie została, a kierowca napomniany klaksonem po dojechaniu do świateł na następnym skrzyżowaniu postanowił przekazać mi noworoczne życzenia.
O co w ogóle chodziło? W uproszczeniu, o to:

Jedno auto zawracało wzdłuż drogi z pierwszeństwem przejazdu, drugie natomiast wjeżdżało na to samo skrzyżowanie z drogi podporządkowanej. Pamiętajmy, że pierwszeństwo przejazdu jest ustalane na podstawie układu samochodów w momencie wjazdu na skrzyżowanie. Kluczowe jest zatem, jaki znak pierwszeństwa stoi na danej drodze.
Drugiemu kierowcy mogło się wydawać, że zawracający w rzeczywistości po prostu skręca w lewo z przeciwnej strony
W takim przypadku rzeczywiście miałby on pierwszeństwo przejazdu, ponieważ mówimy wówczas o potocznej regule “prawej ręki”. Oba samochody wjeżdżają na skrzyżowanie z drogi podporządkowanej, tak że ten jadący w prawo ma pierwszeństwo nad tym jadącym z drugiej strony w lewo.
Sęk w tym, że tak nie było i ten rzekomo jadący z naprzeciwka samochód w praktyce poruszał się wzdłuż drogi z pierwszeństwem przejazdu. Czyli, nie przedłużając i nie trzymając w niepewności, jechał w tej sytuacji po prostu jako pierwszy.
Taki układ pierwszeństwa może być mylący
O ile na papierze wszystko można wyjaśnić za pośrednictwem konkretnych zasad ruchu, o tyle zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy pierwszej osoby bezpośrednio na miejscu akcji.
Perspektywa “złego” bohatera naszej opowieści wyglądała tak:

Na pierwszy rzut oka może być trudno na szybko rozróżnić, czy ustawiony na środku skrzyżowania samochód nadjechał właśnie z naprzeciwka, czy np. z prawej i oczekuje na dokończenie zawracania.
Ok, w tym przypadku nie ma drogi po przeciwnej stronie, więc teoretycznie nikt nie mógł się stamtąd pojawić, niemniej w momencie jej obecności mogło być właśnie dokładnie tak, jak opisałem powyżej. Poza tym, każdy może być w danym miejscu po raz pierwszy i po prostu nie widzieć dokładnie zza oczekującego auta, czy za nim znajduje się inna droga.
Taki przypadek to zupełnie normalna sytuacja na drodze
Warto dodać, że powyższy incydent to tylko przykład, natomiast takich kolizyjnych relacji może być w różnych miejscach infrastruktury znacznie więcej. I nie ma w tym nic niezwykłego - po prostu jest to jedna z wielu sytuacji, jakie zdarzają się na drodze.
Okazuje się wszakże, że chociaż znaki pierwszeństwa przejazdu w teorii rozwiązują zagadkę, to “tu i teraz” można nieumyślnie wejść na minę.
Kiedyś podczas zawracania faktycznie należało ustąpić wszystkim pozostałym uczestnikom ruchu
O ile dobrze pamiętam, w 1984 roku wprowadzono zasadę stanowiącą, że zawracający na skrzyżowaniu kierowca automatycznie lądował na końcu kolejności pierwszeństwa przejazdu. Przepis brzmiał z grubsza tak, że kierujący pojazdem podczas manewru zawracania był obowiązany ustąpić pierwszeństwa również pojazdom wjeżdżającym na skrzyżowanie z drogi podporządkowanej.
Sugerowało to ni mniej, ni więcej, że w przedstawionej na początku tekstu sytuacji nie trzeba było się zastanawiać, jaki manewr wykonuje będący na środku skrzyżowania kierowca. Skądkolwiek by nie nadciągnął, i tak musiał przepuścić auto wyjeżdżające z drogi podporządkowanej. Zawracanie uznawano za manewr na tyle niebezpieczny i kolizyjny, że należało go wyjąć przed nawias.
Tyle, że wspomniany przepis jest retrospekcją, a nie wyciągiem z obecnych przepisów - zniesiono go w 1999 roku. W opisanej sytuacji wymuszający pierwszeństwo kierowca mógł zatem co najwyżej mieć przebłyski z przeszłości. Patrząc jednak na jego wiek, raczej w to wątpię.
A może ten przepis nie był taki zły?
Moim zdaniem, posiłkując się nie tylko powyższym, ale też ogólnym doświadczeniem - był na pewno bardziej funkcjonalny. Przy dużej dynamice ruchu nie trzeba było kalkulować, jaki manewr wykonywał inny kierowca, ponieważ werdykt nie był od tego zależny. Tym bardziej, że to właśnie duży wzrost intensywności ruchu był jednym z powodów wprowadzenia tamtej zasady.
Pół biedy, jeżeli taki wyjeżdżający z podporządkowanej zachowa się defensywnie i po prostu będzie potrzebował kilka sekund więcej na połączenie wszystkich kropek. Gorzej zaś, kiedy trafi się taki szybki i wściekły, który po prostu wyjedzie pełnym ogniem, a później będzie szedł w zaparte, że to on miał racje.
Mina w momencie werdyktu policji wypisującej mandat w razie kolizji byłaby na pewno bezcenna.







































