Mignęła mi przed oczami historia, jak pewnemu młodemu człowiekowi rzekomo skończyło się paliwo w samochodzie, co spowodowało niemały zamęt na drodze. Najbardziej uderzyło mnie w tej opowieści jednak coś innego.

Pomijam fakt, że ów młody człowiek zasłaniał się brakiem doświadczenia, bo dopiero skończył kurs na prawo jazdy i nie ogarniał komunikatów na tablicy przyrządów. Nie wiem także, jakim cudem przebrnął przez egzamin państwowy, ale mniejsza o to. Przemilczę również to, że mężczyźni są dzisiaj tak mało zaradni, że nie potrafią nawet samodzielnie zepchnąć z drogi małego Forda Ka. Poruszyło mnie natomiast, że ludzie wolą stać godzinami w korku, niż ruszyć cztery litery z auta i wspólnie rozwiązać problem.
Problem można było rozwiązać w 5 minut
Przynajmniej w kwestii udrożnienia ruchu. Tym bardziej, że podmiotem nie jest Kamaz wyładowany piachem, a mały Ford Ka. Wystarczyło, aby chociaż jedna osoba ruszyła tyłek ze swojego auta i pomogła zepchnąć nieszczęśnika z drogi, kiedy ten nie był w stanie poradzić sobie sam.
Pchanie samochodu nie wymaga żadnych kwalifikacji, a jedynie nieco siły fizycznej. Kiedy do pomocy znalazłoby się więcej rąk, nawet i tężyznę fizyczną dałoby się pominąć. Zdefektowany pojazd można w ten sposób niechybnie zepchnąć na pobocze, a ruch momentalnie odzyska płynność.
Nauczony jazdą gratami za 500 zł, jestem na takie sytuacje bardziej wyczulony
Całe życie jeżdżę gratami, dlatego też mam trochę inne podejście do takich sytuacji, kiedy widzę kogoś na awaryjnych na środku drogi. Wielokrotnie zdarzyło mi się zatrzymać i przynajmniej zapytać, czy wszystko jest w porządku. I było tak, że kilka razy faktycznie byłem potrzebny, chociażby po to, aby właśnie pomóc zepchnąć samochód z drogi i np. zadzwonić po wsparcie. Nie zawsze mogłem cokolwiek zdziałać na miejscu, ale samo zainteresowanie już dawało mi wewnętrzny spokój sumienia, że nie zlekceważyłem sprawy.
Takie ignorowanie może wynikać z tego, że mało kto jeździ dzisiaj samochodami wymagającymi większej uwagi, albo chociaż umożliwiającymi naprawy w polu, kiedy coś się stanie. W drogich autach to nie do pomyślenia, żeby nagle spadły wodziki wybieraka dźwigni zmiany biegów albo pękła obejma trzymająca tłumik końcowy.
Może naprawdę ktoś miał problem?
Teraz wiemy, że problemu w istocie wcale nie było, ale co w sytuacji, kiedy ktoś naprawdę potrzebowałby wsparcia? Nie mówię tutaj o problemach technicznych, a o nagłej zapaści zdrowotnej, która też przecież może przyjść znienacka.
Daleko nie szukając, stosunkowo niedawno doszło do poważnego wypadku na obwodnicy Warszawy, gdzie kierowca zasłabł i zatrzymał się na lewym pasie drogi ekspresowej. Zgoda, to inny kaliber problemu i zaiste zatrzymywanie się w takim miejscu może spowodować jeszcze większe zagrożenie, niemniej chodzi o sam fakt zasłabnięcia i wymuszonego postoju.
Sam natomiast miałem kiedyś sytuację, kiedy nagle i bez wyraźnej przyczyny dostałem potężnych zawrotów głowy, na granicy utraty świadomości. Musiałem stanąć przy skraju jezdni i dojść do siebie, co zajęło mi co najmniej kilka minut. Czy ktoś się zatrzymał i zapytał, czy wszystko dobrze? Nie. Czy ktoś w tym czasie zatrąbił, że stoję i blokuję ruch? Tak, nawet kilka razy.
Pomagajmy sobie
Ja wiem, że każdy za czymś goni i ludzie żyją w niedoczasie. Sęk w tym, że właśnie w takich sytuacjach wyświadczamy przysługę nie tylko poszkodowanym, ale też i w dużym stopniu samym sobie, o czym wielu zapomina.
Chyba, że ktoś spieszy się tak bardzo, że zamiast poświęcić 5 minut na udrożnienie ruchu, woli stać przez 15 minut w kolejce oczekujących samochodów.







































